poniedziałek, 30 grudnia 2013

XI

   Obudziłam się. Pierwsze co zobaczyłam to nieskazitelnie biały sufit. Przypomniałam sobie co się stało zeszłej nocy i od razu humor mi się pogorszył. Tak w zasadzie to myślałam, że będę się gorzej czuć. Rozejrzałam się po pokoju. Był dosyć duży, nowoczesny. Ściany były pomalowane na jasny róż, a na podłodze leżał kremowy dywan. Dziwne, że był czysty. Musiał być nowy. Łóżko stało na środku pokoju, a przed nim piękna kremowa komoda. Leżał na niej laptop i jeszcze parę urządzeń elektronicznych. Po mojej prawej stronie znajdowały się szklane drzwi prowadzące na obszerny balkon. Pod ścianą stały jeszcze jakaś szafa, a przy łóżku stolik nocny. W pokoju było dużo drewnianych drzwi. Domyśliłam się, że jedne to wejście do łazienki. Miały dziurki na dole. Niestety nie wiedziałam dokąd prowadziły pozostałe. Pokuj zrobił na mnie wrażenie. Czułam się jak księżniczka.
   Dopiero po chwili zauważyłam chłopaka siedzącego na krześle pod ścianą.  Uśmiechnął się do mnie lekko.
   - Umiesz po Polsku?- zapytałam bez okazywania emocji.
   - Tak- powiedział cały czas świdrując mnie wzrokiem.- Polski to u nas obowiązkowy język - miał amerykański akcent.  Był bardzo przystojnym kolesiem. Miał brązowe, krótkie włosy swobodnie ułożone. Jego oczy były brązowe, miały piękny odcień. Chyba był wampirem, ale nie miałam pewności. Poza tym wyglądał normalnie. Tak jak przeciętny nastolatek. Oczywiście niebieska bluza podkreślająca jego oczy, czarne dżinsy i granatowe trampki.
   - Po co tu siedzisz?- zapytałam od niechcenia. O dziwo nie byłam zła, że zakłóca moją prywatność.
   - Muszę.
   - Jak chcesz to możesz iść- znów spojrzałam na sufit.
   - Nie, nie mogę.
   - Dlaczego?
   - Bo jestem twoim ochroniarzem.
   - Ale przecież Alex…
   - Inna szkoła, inne zasady- widząc moją minę dodał- Mi też to się nie podoba, ale takie jest życie…
   Usiadłam na łóżku.
   - Która godzina?
   Spojrzał na zegarek.
   -Pierwsza.
   - Aha.Toaleta jest tam?- wskazałam ręką drzwi z dziurkami na dole.
   - Tak.
   Wstałam i weszłam do łazienki. Duża, też w kolorach różu. Kto to w ogóle projektował? W rogu stała wielka wanna. Teraz tylko to się dla mnie liczyło. Napuściłam do niej wody i wzięłam gorącą kąpiel. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Naprzeciwko wanny stał prysznic, a obok niego mała umywalka. W drugim rogu stała muszla klozetowa. Nawet ona była jasnoróżowa. Czego to ludzie nie wymyślą…
   Zaczęłam intensywnie myśleć o kolegach. Dlaczego tylko ja krzyczałam i próbowałam coś zrobić gdy zabijali Dominika? Wiem, że Alex był z nim pokłócony, ale reszta?
Dziwne… Będę musiała ich o to wypytać. Hmm…
   Słyszałam jak mój ochroniarz przechadza się po pokoju.
   Gdy już wysuszyłam włosy, spięłam je w koka. Czułam się najlepiej w tej fryzurze. Nie lubiłam chodzić z rozpuszczonymi włosami, chociaż często to robiłam. Kiedyś nawet chciałam je ściąć, ale mama mnie powstrzymała. Mówiła, że większość chłopców woli dziewczyny z długimi włosami.
   Znalazłam na szafce rzeczy, więc stwierdziłam, że są dla mnie i ubrałam je. Strasznie podobały mi się te niebieskie rurki i brązowe buty. Szczególnie do gustu przypadła mi szara bluzka ze zdjęciami z Ameryki.
   Wyszłam z toalety.
   - Skąd jesteś?- zwróciłam się do chłopaka.
   - Z Ameryki- odpowiedział.
   - To wiem. A dokładniej? – naciskałam.
   - Z Kansas.
   - Wiec mam do czynienia z kowbojem? –uśmiechnęłam się patrząc mu prosto w oczy.
   - Mniej więcej. Jestem Dean – podszedł do mnie i podał mi rękę.
   - A ja Zuza – odparłam.
   - Wiem –spojrzał na mnie zawadiacko. Podniósł lekko kąciki ust.
   Zaparło mi dech w piersiach. Ale on jest przystojny! Miałam wrażenie, że mnie podrywa tym swoim wzrokiem.
   - No dobra, co teraz? – spuściłam wzrok, ale on nadal mnie obserwował. Za tym spojrzeniem coś się kryło, ale nie wiedziałam co.
   - Musisz spotkać się z dyrektorką. No i iść na zajęcia… - przewrócił swoimi brązowymi oczkami.
   - A kiedy zobaczę przyjaciół? – zapytałam z nadzieją, że przekaże mi dobre wieści.
   - Niedługo. A teraz chodźmy – otworzył jedne z drewnianych drzwi i puścił mnie przodem. Prawdziwy dżentelmen!
   Hol zdawał się być nieskończenie długi. Ściany były pomalowane na ciemny fioletowy. Przy oknach, na początku i końcu korytarza, wisiały jasne zasłonki, a na ziemi leżała podłoga szwedzka. Czułam się w nim strasznie. Był wąski, a ja lubiłam duże przestrzenie. Co chwilę mijaliśmy jakieś drzwi, zapewne do pokojów innych uczni. Na każdym wisiała etykietka z numerkiem.
   Zeszliśmy po betonowych schodach na parter i wyszliśmy na dwór. Noc była przyjemna. Ciepły wiaterek lekko muskał mi twarz. Lubiłam takie noce. Było tu ciepło. W Polsce pewnie przedzieralibyśmy się przez zaspy mokrego śniegu.
   Szliśmy szerokim chodnikiem. Z jego prawej strony stały pomniki zasłużonych wilkołaków, a z lewej wampirów. Nagle stanęłam zaskoczona tym co zobaczyłam.
   - Johnny Depp też jest wampirem? - Spytałam się zdziwiona. – Przecież on jest sławny, jak ukrywa to, że się nie starzeje?
   - Johnny Depp miał już wiele wcieleń. – Odpowiedział Dean. - Wampiry są świetnymi lekarzami plastycznymi… Jeśli stwierdzi, że ma dość grania w filmach, to stanie się kimś innym, a słuch o wspaniałym aktorze zaginie.
   Ruszyłam dalej obserwując intensywnie inne posągi wykonane z czystego złota. Ta szkoła naprawę musi mieć dużo forsy…
   Nagle coś mnie ukuło w piersi. Bolało coraz mocniej i mocniej. Złapałam się za klatkę piersiową.
   - Dean… - chciałam coś powiedzieć, ale ból był coraz mocniejszy. Czułam jakby ktoś wbił mi sztylet w serce, a potem przekręcał nim straszliwie szybko. Zaczęłam kaszleć, nie mogłam złapać powietrza. Upadłam na kolana nadal trzymając się jedną ręką za klatkę piersiową.
   - Zuza! – uklęknął obok mnie. Spojrzał mi w oczy. To co tam zobaczył przeszyło go aż do szpiku kości. Widziałam strach w jego oczach. Widziałam bezradność, a przede wszystkim bezbronność. – Pomocy!
   Moje ciało wygięło się do tyłu w łuk. Krzyczałam z bólu. Czułam jakby jakiś krwiożerczy stwór rozdzierał moje ciało na malutkie kawałki. Chciałam usunąć jego pazury z mojego serca, ale nie mogłam. Nic tam nie było. Ból rozrywał mnie od środka. Nie mogłam już wytrzymać. Skierowałam głowę w stronę księżyca w pełni i krzyknęłam z całych sił. Czułam jak kły mi rosną. Dosłownie. Miałam ochotę rzucać się na wszystkie strony, ale nie panowałam nad ciałem. Po tym krzyku upadłam bezradnie na ziemię. Ból ustał, ale ja nie straciłam przytomności.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

X

   Rany wampirów i wilkołaków bardzo szybko się goją, więc nie było problemów z Allanem. Gdy wydobrzał postanowiliśmy wspólnie, że wyjedziemy do Ameryki. Będzie tam bezpieczniej, a przynajmniej tak sądzili rodzice Alexa. Mieliśmy się ukryć w Internacie Istot Poza Ludzkich w Miami.
   Właśnie siedzieliśmy w samolocie. Oczywiście Marcela i Allan siedzieli blisko siebie trzymając się za ręce. Miejsce obok mnie było puste. Chciał w nim usiąść Alex, ale powiedziałam mu, że chcę być sama, a miejsc w samolocie było pełno więc siadł niedaleko mnie. Spojrzałam na gwieździstą noc za oknem. Nadal zastanawiałam się dlaczego przerzucenie się z dnia na noc było takie łatwe. Nie czułam się zmęczona, a wręcz przeciwnie. Byłam rześka.
   Niepostrzeżenie Dominik klapnął na fotel obok mnie. Chciałam mu powiedzieć, że ma sobie pójść gdzie indziej, bo nie mam nastroju, ale on odezwał się pierwszy:
   - Słuchaj…- zastanawiał się przez chwilę- Musiałem przemyśleć pewną sprawę. Chodzi mi o sytuację w jaskini.- Gdy to powiedział poczułam, że policzki mi płoną. –Poczułem coś i chciałbym wiedzieć czy ty też.
   - Tak, myślę, że tak- powiedziałam bez zastanowienia, a teraz chciałam ugryźć się w język.
   Spojrzeliśmy sobie w oczy i po chwili nasze usta się zetknęły. Pocałunek był cudowny! Delikatny, choć zaborczy.
   Gdy oderwał swoje usta od moich przytulił mnie. Kątem oka zobaczyłam, że Alex wychylał się zza swojego siedzenia. Patrzył na nas. Znów posmutniał.
   Podróż zleciała dosyć szybko. Z samolotu przesiedliśmy się do wielkiego busa, którego wcześniej wynajęła mama Alexa.
   Moja dusza cieszyła się skrycie. Jestem na Florydzie! To cud! Tak w zasadzie nie wiem dlaczego byłam zadowolona. Przecież musieliśmy uciekać, bliźniacy zginęli, a Allan jeszcze parę dni temu walczył o życie. Jestem okropnie egoistyczna!
   W czasie tej podróży poznałam lepiej Dominika. Opowiadał mi o swojej rodzinie, zainteresowaniach… Okazało się, że lubimy całkiem inne rzeczy. Moja babcia zawsze mówiła, że to źle, ale ja nie przejmowałam się takimi rzeczami.
   W oddali widać było ogromne zamczysko podobne do Hogwardu. To właśnie była nasza nowa szkoła. Budowla była wybudowana w stylu gotyckim. Znajdowała się na skraju ogromnego kamiennego klifu. Na środku zamku wznosiła się wysoka wieża. Zdawało się, że dotyka chmur. Dziwne, że ludzie tego nie widzą… Pan Collins mówił, że to czary jakiejś czarownicy…

   Nagle usłyszałam strzał i nasz kierowca opadł na kierownicę cały we własnej krwi. Dostał kulkę prosto w kark. Samochód walnął w drzewo. Na szczęście wyszliśmy wszyscy cali z auta.
   - No proszę, proszę!- usłyszałam za plecami.- To ta słynna swietocza z mocą, tak?
   - We własnej osobie!- odpowiedziałam.
   Przyjrzałam się chłopakowi, który stał teraz naprzeciw mnie. Miał ulizane blond włosy zaczesane do tyłu, czerwone oczy i bardzo bladą skórę. Oczywiście, tak jak wszystkie wampiry stojące za nim, miał czarny strój.
   - Jestem Kevin, a ty pewnie… Zuza?
   Dominik stanął obok mnie i złapał za rękę.
  - Ooo… Jak miło!- na twarzy Kevina pojawił się szyderczy uśmieszek.- Tak się właśnie składa, że miałem Cię zastraszyć…- podszedł trochę bliżej, a Dominik automatycznie wepchnął mnie ręką za siebie, na co zły prychnął. -Wiesz, że nie można zadzierać z nami…-
    - Przecież ja nic wam nie zrobiłam!!!- wybuchnęłam.
   - Tak… Ale będziesz węszyć i ostrzegam Cię , że wtedy zabijemy wszystkich których kochasz. Nie tylko wy macie takie coś jak wyrocznia. A propo zabijania… - pstryknął palcami.
   Dwóch osiłków podeszło do nas. Jeden złapał mnie w pasie, a drugi zaprowadził buntującego się Dominika przed nogi Kevina.
   - Nie!!!- zaczęłam krzyczeć i wierzgać się z całych sił.- Zostaw go!!! Alex zrób coś!
   - Nawet się nie waż ruszyć!- powiedziała jakaś kobieta zaraz po przeładowaniu jakiegoś pistoletu. Celowała nim w Alexa.- Tak samo inni!- zwróciła się do Marceli i Allana.
   Dominik wiedział co się teraz stanie i nawet nie próbował walczyć. Wiedział, że to nic nie da.
   A ja cały czas się szarpałam i krzyczałam bez rezultatów. Próbowałam nawet gryźć kolesia, ale to nic nie dawało. Chciałam też użyć mocy, ale w pobliżu nie było żadnych lamp, ani chmur burzowych. Mój płacz też nic nie pomógł.
   W jednej chwili Kevin złamał Dominikowi kark. Wystarczyło tylko machnięcie ręki. Jego martwe ciało twardo upadło na ziemię.
   Nagle wszystko ucichło. Słyszałam tylko śpiew ptaków i zawodzący szum ciepłego wiatru. Gorące łzy leciały mi falami po policzkach. Nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Osiłek puścił mnie, a ja upadłam na ziemię.
   - Jak… jak mogłeś?- szepnęłam.
   - Robię to codziennie. Ach, zapomniałbym- wyjął z kieszeni zapałki- Dla pewności.- Odpalił jedną i rzucił na ciało Dominika, które od razu się zajęło.
   Wstałam powoli i otarłam łzy nie przestając płakać. Już chciałam rzucić się na Kevina, gdy w ostatniej chwili Alex złapał mnie w pasie.
   - Nie- szepnął mi do ucha.- Nie denerwuj go, bo i tak nie zrobisz mu krzywdy.
   - Puszczaj!- krzyczałam- Zostaw mnie! Puść!- próbowałam wbić paznokcie w jego dłonie. Wierzgałam się z całych sił.
   - Uspokój ją- Kevin zwrócił się do Alexa.- Chyba nie chcecie następnych ofiar?- Wsiadł do czarnego busa i wraz z bandą odjechali.
   Dopiero teraz z całych sił odepchnęłam Alexa i ciężko upadłam na ziemię. Głowę mocno przytuliłam do kolan i zaczęłam gorzko płakać. Moje serce krwawiło. Jeszcze przed chwilą trzymał mnie za rękę, a teraz jego martwe ciało paliło się żywym ogniem. Ktoś podszedł do mnie i pogłaskał po plecach, a potem przytulił.
   - Wszystko będzie dobrze- usłyszałam głos Marceli.- Nie przejmuj się.
   Ale ja płakałam dalej. Nie mogłam złapać oddechu. Chciało mi się krzyczeć i wyżyć na czymś.
   Alexander wziął mnie na ręce i powiedział:
   - Musimy iść…
   Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że ma racje, ale nie mogłam przeboleć, że jego już nie ma, że zostanie po nim tylko popiół.
   Nie czekając na moją odpowiedź ruszyliśmy w stronę nowej szkoły.
   Gdy doszliśmy do wielkich wrót zamkowych już prawie spałam na rękach Alexa. Allan podszedł do nich i zapukał wielką kołatką. Małe okienko w drzwiach otworzyło się i pojawił się w nim goblin.
   - Słucham?- zapytał skrzeczącym głosem w innym języku.
   - My jesteśmy z Polski-odezwał się Allan.
   - Tak, a ja jestem z Holandii i co z tego?- zapytał już po polsku.
   - No, my przyszliśmy zapisać się do szkoły…
   - Zapisy trwały przez całe wakacje! Szkoła zamknięta!- powiedział po czym zatrzasnął okienko.
   - Słuchaj, no, zrzędliwy krasnoludku- Alex był wkurzony- mam na rękach swietoczę i jeśli zaraz nas nie wpuścisz to zrobię tak, że wylecisz z tej roboty!
   Odczekaliśmy jeszcze chwilę po czym wrota otworzyły się.
   Potem widziałam wszystko jakby przez mgłę. Alex rozmawiał z jakąś nieznajomą kobietą, po czym zaniósł mnie do dużego pokoju i tam zasnęłam.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Następny rozdział dodam, gdy pod tym postem będzie 6 komentarzy 

sobota, 30 listopada 2013

Mam wrażenie, że nikt mnie nie czyta!

Niby wejścia są i w ogóle, ale komentarzy nadal mało...
Gdy czytasz to zostaw po sobie pamiątkę! Anonimowe też uznaje.
Nie mam pewności, że mnie czytacie i jest mi przykro gdy wchodzę na bloga i widzę, że nie ma żadnych nowych komentarzy!
Komentujcie jak najwięcej i szczerze. Piszcie czy mam coś poprawić...
Nie wiem co mam myśleć o tym braku komentarzy...
Jeśli nadal tak będzie to chyba zawieszę blog...

poniedziałek, 25 listopada 2013

Konkurs!

Odpowiedz na pytania:
1.     Jaka jest pora roku?(1p)
a)zima   b)jesień   c)wiosna
2.     Opisz Alexa.(2p)
3.     Jaki kolor oczu ma Zuza? (1p)
a)zielony   b)brązowy   c)wielokolorowe
4.     Co to jest swietocza?(2p)
5.     Jaką istotą jest Dominik?(1p)
a)wampirem   b)wilkołakiem
6.     Jaki styl ubierania ma Mar?(2p)
7.     Czym różnią się bliźniacy?(1p)
8.     Czy wilkołaki śpią w dzień?(1p)
a)     Tak   b) nie
9.     Z kim Zuza tańczyła na imprezie?(1p)
 a)z Alexem   b) z Dominikiem   c)z Damianem
10.  Jak zabito chłopaka, który walczył z Alexem?(1p)
11.W którym rozdziale zadzwoniła mama Zuzki?(1p)
a)IV   b)V   c)VI
12. Kiedy Zuzanna spotyka po raz pierwszy Dominika? Opisz sytuację.(2p)
13.  Kiedy Zuza odkrywa w sobie moc?(2p)
14. Od kogo była kartka, którą dostała Zuza, gdy leżała w szpitalu?(1p)
a)od Mar i bliźniaków   b)od Dominika   c)od Ludmiły
15.  Kto jest ochroniarzem głównej bohaterki?(1p)
a)Dominik   b)Łukasz   c)Damian
16. Co to Sante?(2p)
17. Co stało się w Jaskini?(3p)
18.  Kim jest Ludmi?(1p)
19. Kto został ranny podczas wybuchu?(1p)
a)Allan   b)Alex   c)pan Handerson
20. Kto zginął w czasie ataku?(1p)
a)Ludmiła   b)Marcela   c)Dominik
21.Gdzie pojechała Zuza z przyjaciółmi?(1p)
22. Czy Allan umarł?(1p)
a)tak   b)nie

Wszyscy uczestnicy pojawią się na tablicy z prawej strony.

Kryteria:
27-30 – uzależniony <3
22-26 – wierny czytelnik
15-21 – czytelnik
10-14 – chyba się nie postarałeś
5-9 – chyba miałeś szczęście!
0-4 – jeśli nie czytasz to nie bierz udziału


Informuję, że niektóre pytania są mylne! W pytaniach otwartych nie można cytować, ani ściągać od innych! Piszcie swoimi słowami i jak najwięcej!
Konkurs ważny do odwołania!

niedziela, 24 listopada 2013

IX

   Nagle ogłuszył nas huk wybuchu.
   Słyszałam krzyki i hałas strzelającego karabinu. Dach stołówki się zawalił.
   Gdzie jest Marcela? Stała w pobliżu tego budynku.
   - Marcela! -krzyczałam- Mar, gdzie jesteś?!
   Pobiegłam w stronę jadalni. Zobaczyłam, że źródłem wybuchu było drzewo dusz. Ktoś podłożył niewielką bombę. Gdy wybuchła, drzewo zamieniło się w wielkie pociski lecące z wielką siłą.
   Zauważyłam Marcelę. Pochylała się nad kimś. Podbiegłam do niej i uściskałam ją. Z oczu leciały jej łzy. Spojrzałam na człowieka, nad którym się przed chwilą pochylała. Gdy zobaczyła, że patrzę na półmartwego Allana powiedziała:
   -To… leciało na mnie… ale on… odepchnął mnie… -teraz rozryczała się na dobre.
   Allan leżał nie przytomny w wielkim ostrym kawałkiem drzewa w brzuchu.
   - Jeszcze żyje –Alex sprawdził mu puls- ale musimy uciekać. Idziemy do szkolnego garażu. Tam są stare busy. Ja zaniosę go tam, a wy poszukajcie jeszcze żywych.
   Bez namysłu pobiegłyśmy z Mar w stronę szkoły.
   Nagle usłyszałyśmy kolejny wybuch, ale tym razem w internacie. Rozpętało się piekło. Znów słyszałam krzyki i strzały tylko, że znacznie bliżej. Kula przeleciała mi obok głowy. Zobaczyłam, że niedaleko nas stoi jakiś koleś i celuje we mnie pistoletem.
   Złapałam Marcelę za rękę i pobiegłyśmy przez wyludniony korytarz szkoły. Zauważyłam otwarte drzwi do schowka na miotły i wciągnęłam do niego Mar.
   Chłopak oczywiście nas gonił, ale nie zdążył zobaczyć gdzie wchodzimy.
   Byłyśmy cicho jak myszki gdy przechodził obok drzwi.
   Gdy przeszedł odetchnęłyśmy z ulgą.
   Oczywiście wszystko musiałam popsuć kichając.
   Chłopak otworzył drzwi, a ja skupiłam się na lampie i nagle chłopak padł na ziemię. Z lampy wydobywał się duży piorun, który go zabił. Koleś leżał w wejściu. Jego oczy były zakrwawione, a ciało dymiło się. Byłam przerażona. Jak ja mogłam zrobić coś takiego? Tak, broniłam przyjaciółki i siebie, ale to nie powód żeby zabijać. Mogłam go jakoś powalić, obezwładnić, ale nie. Zabiłam go.
   Mar złapała mnie za rękę i przeskoczyłyśmy go. Znów biegłyśmy korytarzem. Z moich oczu płynął wodospad łez. Jak ja mogłam zrobić komuś krzywdę?
   Biegłyśmy przed siebie. Nagle Moje przyjaciółka stanęła i przyłożyła rękę do ust. Spojrzałam w tą samą stronę co ona. Przy szafkach leżeli bliźniacy. Martwi.
   Marcela przyklękła obok nich, a ja zrobiłam to samo. Płakałyśmy. Co prawda prawie ich nie znałam, ale ta świadomość, że przed chwilą z nimi rozmawiałam całkowicie mnie rozbiła.
   - Wstawaj Mar! –powiedziałam. –Nie możemy tu zostać! Zabiją nas!
   Niechętnie wstała i pobiegłyśmy dalej. Gdy skręcałyśmy wpadłam na kogoś. Myślałam, że to jeden z tych złych i prawie go zabiłam energia buchającą z lamp.
   - Dominik?! –rzuciłam mu się na ramiona. –Ty żyjesz!
   - Na razie tak –powiedział i uścisnął mnie.
   - Musisz iść z nami –Mar była zniecierpliwiona. –Zwiewamy stąd!
   Złapałam go za rękę i teraz biegliśmy w trzech do garażu.
   Mieliśmy szukać żywych, a tym czasem sami musieliśmy walczyć o własne życie. Dominik po drodze zabił dwóch złych wampirów. W końcu dotarliśmy do garażu. Alex tam na nas czekał. Bez słowa wsiedliśmy wszyscy do auta.  Alex prowadził, a ja siedziałam obok. Reszta znajdowała się na tyłach busa.
   Wyjechaliśmy na dziedziniec. Usłyszałam strzały skierowane do nas. Alex mocniej nacisnął gaz. Wjechał w starą bramę i wyrwał ją przy tym z hukiem.
   Rozryczałam się po raz kolejny.
   - Zuza, uspokój się… -powiedział spokojnie Alexander.
   - Nie! Nie chcę!- krzyczałam. –Dlaczego to muszę być ja? Nie chciałam takiego życia! Nie chciałam!...
   Miałam już dość. Miałam dosyć tego! Chciałabym się obudzić w ciepłym łóżku, w domu.
   Gdy się uspokoiłam Dominik powiedział:
   - Ja też nie chciałem. Ale co możemy zrobić? Zuzka, musisz być silna –położył mi dłoń na ramieniu. – Nie możesz się poddać. Musisz być silna.
   Wzięłam głęboki oddech.
   - Możesz jechać trochę szybciej? –zapytała Mar Alexa –Z Allanem coraz gorzej…
   - A gdzie my w ogóle jedziemy?- zapytałam.
   - Do mnie- powiedział Alex.
   Odwróciłam się by spojrzeć na Allana. Miał zrobiony opatrunek z jakiejś koszuli. Jego skóra była blada, a oczy podkrążone. Naprawdę nie wyglądał najlepiej.
   - Ma ktoś telefon przy sobie?- zapytał kierowca.
   - Tak, ja- odparłam.
   - Zadzwonisz do moich rodziców? Chciałbym, aby byli w domu, gdy do nich trafimy.
   - Jasne –podałam mu telefon, a on wbił numer i oddał mi go.
   Wcisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha. Po paru sygnałach odebrała jakaś kobieta:
   - Słucham?
   - Dzień dobry –mówiłam drżącym głosem.-Nazywam się Zuzanna i jestem przyjaciółką Alexa. Szkoła została zaatakowana przez złe wampiry. Właśnie jedziemy do państwa z Alexem i kilkorgiem przyjaciół.
   - O Boże! –usłyszałam. Kobieta była zdenerwowana. –Czy nic mu nie jest?
   - Nie, ale nasz przyjaciel ma kawałek drewna w brzuchu. Czy pomogliby nam państwo go uratować?
   - Tak, oczywiście! Czy tylko on jest ranny?- zapytała z troską.
   - Tak.
   - A ilu was jest?
   - Pięciu.
   - Tylko wy uciekliście?- była zdziwiona.
   - Chyba tak.
   - Będziemy na was czekać.
   - Dziękujemy.
   Rozłączyłam się i odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam przez szybę. Już było jasno na niebie. Księżyc powoli znikał, a słonce za to dominowało.
   Wpatrywałam się w chmury, ale przed oczami miałam chłopaka, którego zabiłam. Widziałam tylko jego dymiące się ciało.
   Zdjęłam buty i przyciągnęłam kolana do piersi. Głowę oparłam o szybę busa i zasnęłam.

   Obudziłam się wieczorem. Leżałam w nieznajomym pokoju, pewnie u Alexa w domu. Wstałam z łóżka i wyszłam na korytarz. Zeszłam na dół po kręconych schodach. Weszłam do salonu.
   - Dobry wieczór –powiedziałam wszystkim. –Jak tam Allan? –usiadłam na kanapie obok Mar.
   - Lepiej, –odpowiedziała mi z uśmiechem –odzyskał przytomność, ale musi odpoczywać.
   Pokiwałam głową. Do pokoju weszła starsza kobieta. Też była mulatką. Miała piękne ciemne włosy. W rękach trzymała tacę z kanapkami.
   - I jak się spało? –zwróciła się do mnie. Domyśliłam się, że to mama Alexa. Była bardzo podobna do niego.
   - Bardzo dobrze. Dziękuję.
   - Musicie wszyscy być bardzo zmęczeni. – Postawiła tacę na stoliku do kawy i usiadła obok mnie. – Proszę, częstujcie się. Na pewno jesteście głodni.
   Oczywiście pani Collins musiała dorobić kanapek. Wszyscy byliśmy spokojni, ale wiedzieliśmy, że będziemy musieli wyjechać stąd, ponieważ państwo Collins nie będą bezpieczni. Jak zwykle przeze mnie i moją moc.

środa, 20 listopada 2013

VIII

  Szczęście szybko mnie opuściło, gdy dowiedziałam się, że będzie sprawdzian z likantropii, a musiałam jeszcze nadrobić dwa tygodnie nieobecności. I znów szkolna rutyna…
   Poszłyśmy z Mar na lunch i było nawet zabawnie. Ludmiła oczywiście wszystko popsuła.
   -No, no nasza swietocza!- Ludmi była najwredniejszą dziewczyną w szkole. Oczywiście miała przyjaciółeczkę, która załatwiała za nią prawie wszystko. Tak jak pies na posyłki.- Nie myśl sobie, że coś znaczysz, bo ja żądzę w tej budzie i wszyscy robią to co ja chcę. Nie pozwolę, żeby jakaś niezdara, która co rusz leży w szpitalu budziła większe zainteresowanie niż moja osoba!- Podniosła kubeczek z colą w środku i wylała go na moją bluzkę, a ja nie zastanawiając się długo chwyciłam sok pomidorowy Marceli i zrobiłam to samo.
   Czy we wszystkich szkołach muszą być takie wredne lale?
   Blondynka o długich włosach zrobiła się cała czerwona, a w jej niebieskich oczach czaiła się nienawiść.
   -Papa! Miłego dnia życzę! –powiedziałam.
   -To jeszcze nie koniec!- krzyknęła jej przyjaciółka. Chyba nazywała się Agnieszka. Miała krótkie, proste, czarne włosy i brązowe oczy. –Pożałujesz tego! – Za plecami Ludmiły uśmiechnęła się do nas i uniosła kciuki do góry. Mrugnęła do Łukasza siedzącego obok Marceli i pobiegła za Ludmiłą.
   Byłam cała mokra, wiec poszłam do pokoju się przebrać. Po drodze spotkałam Dominika. Przywitałam go, ale on tylko mnie minął i nic nie odpowiedział. Stanęłam i odwróciłam się.
   -Dominik!- krzyknęłam za nim.
   -Tak? –obrócił się w moją stronę.
   -Unikasz mnie?- zapytałam spokojnie.
   -Nie… ja tylko… -nie wiedział co powiedzieć, spuścił wzrok.
   -Dlaczego? Przecież mówiłeś, że jesteśmy przyjaciółmi, a teraz mnie unikasz! –nadal nie odpowiadał, wiec mówiłam dalej. –Myślałam, ze mnie lubisz, ale widocznie się pomyliłam…
   -Zuzka, zaczekaj…- powiedział, gdy już odchodziłam. –Naprawdę cię lubię, ale muszę przemyśleć parę spraw i muszę zrobić to w samotności.
   -Dobra… -powiedziałam i weszłam do internatu dla dziewczyn.
   Wróciłam na lekcje i dzień jakoś minął. Gdy szłyśmy z Mar do pokoju Allan ją zaczepił i długo rozmawiali, a mi się nie chciało na nią czekać, więc wędrowałam dalej. W oddali zauważyłam Alexa opierającego się o drzewo nieopodal fontanny. Był taki smutny. W zasadzie to już dwa tygodnie miał taka minę. Podeszłam do niego i zapytałam:
   -Hej, co się stało?
   -Nic…- odpowiedział w zamyśleniu.
   -Jak to nic? Przecież widzę… Coś cię trapi od dwóch tygodni.
   Po chwili zastanowienia powiedział:
   -Podoba mi się taka jedna dziewczyna, ale ona chyba woli innego…
   -A skąd to wiesz? Dała ci kosza?
   -Nie, ona o tym nie wie…
   -Dlaczego? Jak jej nie powiedziałeś, to skąd możesz wiedzieć czy woli innego?
   -Mam takie przeczucie…
   Dopiero teraz dotarło do mnie co przed chwilą powiedział i zdałam sobie sprawę, że jestem o niego strasznie zazdrosna.

czwartek, 14 listopada 2013

VII

   Nie umiałam pływać, więc od razu poszłam na dno. Pod wodą widziałam kolorowe ryby, niektóre świeciły na biało, a inne na złoto. Zdziwiłam się trochę, ponieważ na powierzchni nic nie widać, a tu było tak jasno, że aż oczy mnie bolały. Jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknych ryb, ani świetlików, które latały przy ścianach i suficie jaskini.
   Dominik zanurzył się i wyciągnął mnie na powierzchnię, a potem złapał w tali. Położyłam mu ręce na ramionach, bo bałam się, że znów pójdę na dno. Byliśmy bardzo blisko siebie, nasze nosy prawie się stykały. Patrzeliśmy sobie głęboko w oczy i coraz szybciej oddychaliśmy. Czułam jak przyspieszył mi puls. Myślałam, że odwróci wzrok albo odsunie się ode mnie, ale nie. Nadal czułam jego gorące dłonie na moim rozpalonym ciele.
   W końcu zrobiłam się cała czerwona i spojrzałam w górę na świetliki. Nie dawno się poznaliśmy, ale czułam coś do niego. Może to wydawać się dziwne, ponieważ jeszcze przed chwilą się nienawidziliśmy, ale czułam między nami chemię. Gdy przeprosił mnie jakaś bariera między nami pękła. Poznałam całkiem nowe oblicza jego cech. Wydawał się oschły, wredny i nieczuły na ludzkie krzywdy, a okazało się, że to był tylko taki trik obronny. Myślę, że bał się znajomości ze swietoczą, która wylała mu kawę na czystą bluzkę i jeszcze obraziła go publicznie. A może to ja byłam tą złą? Już sama nie wiem co o tym myśleć.
   Odsunęłam się troszkę od niego, a on załapał o co chodzi. Pomógł mi podpłynąć do brzegu, a potem wyjść z wody. Usiedliśmy na ziemi nie mówiąc ani słowa. Nadal byłam cała czerwona, a on intensywnie myślał o czymś.
   -Pięknie tu –powiedziałam po chwili zażenowana tą sytuacją.
   -Tak-odpowiedział w zamyśle.
   -Zuzka?- usłyszałam głos za moimi plecami.- Wszędzie Cię szukałem.
   Odwróciłam głowę i zobaczyłam Alexa stojącego w wejściu do jaskini. Ucieszyłam się na jego widok. Wybawca dziwnych sytuacji. Tak, na pewno nim był. Wyglądał jeszcze piękniej niż go zapamiętałam. Był trochę smutny, ale świetnie to ukrywał. Gdy napotkał mój wzrok lekko się uśmiechnął.

   Dwa tygodnie później umiałam już miej więcej panować nad moją mocą. Cały czas się uczyłam, a Sophie mocno na mnie naciskała. Nawet nie mogłam chodzić na lekcję, bo jak mówiła „Gdy jesteś swietoczą kondycja jest ważniejsza od wiedzy” no i znów musiałam brać się do ćwiczeń. Cała rada już wyjechała oprócz niej. Ona nadal chciała ćwiczyć i ćwiczyć. Nie miałam nawet czasu obejrzeć filmu z przyjaciółmi. Tylko późnymi wieczorami urządzałyśmy sobie z Mar pogaduchy. Mówiła, że Allan coraz częściej do niej zagaduje i raz nawet przyszedł do naszego pokoju, aby zamontować mały telewizor. To oczywiście był tylko pretekst, aby go spotkać. Marcela stała się moją najlepszą przyjaciółką, a Alex przyjacielem. Z Dominikiem prawie w ogóle się nie widziałam. Po tej sytuacji w jaskini zrobił się bardzo nieśmiały.
   Wybierałam się na ćwiczenia, gdy na korytarzu zauważyłam Sophie. Podeszłam do niej i zapytałam:
   -Mam do ciebie taką prośbę, czy mogę iść dzisiaj na lekcje?
   -Tak dziś możesz. Przepraszam cię Zuza, ale wyjeżdżam na tydzień. Jutro przyjedzie tu Tukada i zajmie się tobą. Będziesz już mogła chodzić na lekcje, ale i tak będziesz ciężko ćwiczyć.
   Ucieszyłam się bardzo z tego powodu. Jeszcze nigdy nie chciałam chodzić na lekcje.
  ----------------------------------------------------------------------------------------------------------
  Ostatnio dodałam stronę: BOHATEROWIE, więc piszcie czy mam coś zmienić :p

wtorek, 12 listopada 2013

VI

    -Opisz mi każdego z rady. Muszę sobie ich wyobrazić. Rany jakie to ciekawe!- Mar nie mogła doczekać się mojej odpowiedzi.
   -No dobra...- byłam już zmęczona.-Jest Sophie, nie ma ona żadnych mocy, ale jest najsilniejsza, to ta ruda Szkotka o zielonych oczach , po niej są jeszcze dwie swietocze: Aya i Eri. Aya to murzynka o pięknej urodzie, a Eri pochodzi z Japonii. Też są silne, ale nie aż tak jak Sophie. Po nich jest Indian Tukada. To najsilniejszy wilkołak na świecie. No i jest jeszcze Amerykanin William, to wampir. To już wszyscy.
   -A co ci powiedzieli?
   -Sophie powiedziała, że jestem jedyną swietoczą z jakimiś mocami na świecie. Jestem ich jedyną nadzieją, bo złe wampiry coraz częściej atakują naszych ludzi. Będę musiała pokonać ich władcę to może ataki ustaną, ale najpierw będę musiała poćwiczyć, bo jeszcze nie umiem panować nad swoją mocą.
   -A jaką ty masz moc?- Mar była zdziwiona.
   -Panuję nad energią, a tak przynajmniej powiedziała Aya. Na przykład nad prądem.
   -Aha. Wierzysz im?
   -No, chyba tak. Ostatnio gdy byłam wściekła na Dominika to lampy pękały. A właśnie, co z nim? Ostatnio widziałam jak dostał z kolanka w brzuch.
   -Należało mu się, ale czule się dobrze. Miał poczucie winy, ale jak usłyszał, że wyzdrowiałaś, to od razu o tym zapomniał.
   -Warto wiedzieć - byłam trochę zaskoczona. Nie sądziłam, że stać go na poczucie winy.
   -Mówiłaś, że członkowie rady pochodzą z różnych krajów, więc jak z nimi rozmawiałaś?
   -Mieli swoich tłumaczy. Jutro zaczynam szkolenie. Sophie będzie mnie uczyć. Już się boję.
   -Nie masz czego - pocieszyła mnie. Miała tak wielki uśmiech na twarzy, że od razu zrobiło mi się cieplej na duszy.
   -Tukada jeszcze mówił coś o jakimś przeznaczeniu… i o jakimś bogu wampirów czy coś… wiesz, on jest mocno wierzącym Indianinem. Mówił, że jakiś Sante mnie wybrał, gdy się urodziłam.
   -A kto to Sante?
   -Jakiś zwierzchnik tego boga… Osobiście w to nie wierzę, ale jednak coś w tym jest… A tak w ogóle to złapali tych, którzy do mnie strzelali?
   -Nie niestety uciekli- spochmurniała. -Ale wiedzą kto to zrobił, więc prędzej czy później…- nie dokończyła. Wiedziała, że myślimy o tym samym.
   Około północy poszłyśmy na lunch. Znowu usiadłyśmy przy tym samym durnym stoliku, którego powoli zaczynałam nienawidzić. Oczywiście dołączyli bliźniacy i przyjemnie nam się rozmawiało. Było super dopóki Dominik nie podszedł do naszego stolika. Wtedy od razu zaległa nieprzyjemna cisza, której tak próbowaliśmy uniknąć. Dominik popatrzył na mnie, a potem na resztę. Spuścił wzrok po czym zawstydzony zapytał:
   -Zuza, możemy porozmawiać w cztery oczy?
   -No jasne- wstałam i wyszłam z nim z jadalni. Powietrze jak zawsze było czyste i chłodne. Wiatru wcale nie było.
   Oparłam się o ścianę budynku, a on zrobił to samo. Milczeliśmy przez dłuższą chwilę po czym powiedział:
   -Przepraszam.
   -Za co?- zapytałam głupio.
   -Za moje zachowanie. Gdyby nie ja to nic by się nie stało. To przeze mnie wybiegłaś… Jaki ja jestem głupi… -prychnął.
   -To nie twoja wina- zapewniłam.- I tak chciałam iść do pokoju… A w ogóle po co mi to mówisz? Przecież mnie nie lubisz… Sumienie cie gryzie?
   -Nie, ja po prostu… Nie wiem. Chyba cię trochę polubiłem. Nie jesteś aż taka zła jak myślałem…
   -Więc, co? Zakopiemy topór wojenny?
   -Niech będzie. Ale jak mi podpadniesz…- przejechał sobie palcem po szyi i oboje wybuchliśmy śmiechem.
   -Chodź, idziemy z powrotem do stołówki.
   -Nie, czekaj –złapał mnie za dłoń. Jego była gorąca, a moja przemarznięta z zimna. –Chciałbym Ci pokazać moje ulubione miejsce. Pójdziesz ze mną?
   -Tak.
   -Ale muszę ci zakryć oczy.
   -No dobra -uśmiechnęłam się.
   Gdy już byliśmy na miejscu odsłonił mi oczy i zobaczyłam, że jesteśmy w jaskini. Nie jakiejś tam jaskini. Ta była ogromna. Na środku znajdowało się duże jeziorko. Woda w nim była turkusowa i  dalej od brzegu robiła się ciemniejsza. Nie było tam stalagmitów i stalaktytów. Na górze świeciły miliony niebieskich świetlików, które wyglądały jak migoczące gwiazdy rozsypane po niebie.
   Podeszłam bliżej jeziorka i poślizgnęłam się. Dominik chciał mnie złapać, ale oboje wpadliśmy do wody.
Uwaga!
Ostatnio założyłam drugiego bloga, ale tego też będę pisać.
Oto mój drugi blog:
http://zdradazuzastarr.blogspot.com/2013/11/rozdzia-1.html

niedziela, 10 listopada 2013

V

   Pchnęłam drzwi i wybiegłam na dwór. Może to tylko zwarcie. Tak, to na pewno nie byłam ja.
   Dominik wybiegł za mną. Domyśliłam się, że jest wampirem, bo od razu złapał się za głowę, ale nadal biegł.
   -Zuzka! Poczekaj!- krzyczał. Ciekawe skąd znał moje imię.
   -Nie mam ochoty z tobą rozmawiać! –krzyknęłam. Byłam naprawdę wściekła. 
   Lampy przy żwirowej dróżce zaczęły migotać. Ciekawe dlaczego? Przecież był dzień.
   -Ale ty nie rozumiesz! –nadal mnie gonił.
   -Tak, masz rację – odwróciłam się do niego –jestem, jak to nazwałeś, głupią idiotką, więc nic nie rozumiem! –lampa obok mnie pękła. –Nie będę z tobą rozmawiać!
   -Ale…
   -Nie odzywaj się do mnie! I zostaw mnie w spokoju!
   Chciałam odejść, ale złapał mnie w nadgarstku.
   -Ale ty jesteś jedną z „tych”.
   -Jakich „tych”? Co ty w ogóle bredzisz? Naćpałeś się czy co?
   Wyrwałam rękę z jego ucisku i ruszyłam w stronę internatu.
   Nagle krzyknął:
   -Zuza, uciekaj!
   Odwróciłam się i zobaczyłam, że dwóch kolesi trzyma go, aby się nie wyrywał. Trzeci stał obok i celował we mnie z łuku.
   Uciekałam. To był ten, który mnie porwał. Chciał mojej śmierci. To wszystko było jakieś dziwne. Nie wiedziałam dlaczego, i czemu jestem taka ważna. A w szczególności nie miałam pojęcia o co chodzi w tej walce pomiędzy dobrymi istotami, a złymi.
   Pierwsza strzała wbiła się w żwir obok moich stóp. Z drugą nie miałam tyle szczęścia. Przeszyła mnie na wylot. Upadłam na kolana. Z mojego brzucha wystawała strzała, której grot był brudny od mojej krwi. Nie potrafię opisać dokładnie tego uczucia. Oczywiście strasznie bolało. Miałam też świadomość, że zaraz padnę i to było najgorsze. Krew obficie tryskała z rany. Osunęłam się na żwir. Leżałam w kałuży własnej krwi. Dominik strasznie krzyczał, ale nie rozumiałam go. Zobaczyłam jeszcze, że jeden z mężczyzn z całej siły kopnął go z kolana w brzuch. Chłopak upadł na kolana i spuścił głowę. Po chwili zamknęłam oczy i to był koniec. A przynajmniej tak myślałam.

   Ocknęłam się. Byłam strasznie obolała. Przypomniałam sobie ostatnie zdarzenia. Ciekawe co zrobili Dominikowi. Nie wybaczyłabym sobie gdyby zginął. Wybiegł za mną i to z mojej winy. Mogłam się w ogóle nie odzywać do niego.
   Leżałam na łóżku szpitalnym. Tak w zasadzie to chyba w szkolnym szpitalu. Kiedyś Mar oprowadziła mnie po całym internacie i byłyśmy też tu.
   Strzały w moim brzuchu już nie było, ale nadal strasznie bolał.
   Usiadłam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Obok mojego łóżka stało drugie, ale wolne. Na szafce nocnej stał bukiet kwiatów. Ciekawe od kogo. Znalazłam małą karteczkę na której pisało:
   „Zdrowiej szybko. Wszyscy na Ciebie czekamy. Wybacz nam, ale nie możemy teraz z tobą być.
 Mar i bliźniacy”
   Strasznie się ucieszyłam. Widać, że mnie choć trochę lubią. Wstałam z łóżka. Miałam na sobie swoją piżamę. Pewnie paczka od mamy doszła. Ale tak szybko? Przecież dzisiaj rano z nią rozmawiałam. Stwierdziłam, że nie będę w to wnikać. Już nic mnie nie zdziwi.
   Chyba poproszę dyrektorkę, żeby przydzieliła mi ochronę. Mam już dość tych ataków i leżenia w szpitalu. Następnym razem będę leżeć w ziemi, a nie na łóżku szpitalnym.
   Wyszłam z małego pokoju i rozejrzałam się po korytarzu. Mniej więcej wiedziałam gdzie jestem. No, nie jest tak źle. Przez drzwi na klatkę schodową wszedł Alex z kubkiem kawy. Gdy mnie zobaczył uśmiechnął się i podszedł bliżej.
   -Jak się czujesz?- zapytał. Ślicznie wyglądał w zielonej koszulce.
   -Chyba dobrze - odpowiedziałam niechętnie, byłam zmęczona.- Czy wiesz kiedy wyzdrowieję?
   -Biorąc pod uwagę, że obudziłaś się to myślę, że dziś wieczorem będziesz pełna życia.
   Nie byłabym tego taka pewna.
   -A gdzie lekarz?- zapytałam.
   -Jeśli chodzi o ranę to nie przyjdzie, bo już dwa dni temu się zagoiła. Czekaliśmy tylko aż się obudzisz.
   -To ile ja tu leżałam?
   -Mniej więcej tydzień.
   -O boże! Aż tyle?!- byłam zdziwiona.-Jak to?
   -Rana niby się zagoiła, ale wątroba potrzebowała więcej czasu. Będziesz miała blizny, ale nie przejmuj się, mogło być gorzej.
   -Ale jak ostatnio miałam ranę to nie zostało po niej ani śladu.
   -Ale ta była głębsza.
   Przez chwilę milczeliśmy aż w końcu powiedział:
   -Chcesz może już iść do swojego pokoju? Marcela przyniosła ci ostatnio ubrania. Są w szafce nocnej. –Wyprostował się i powiedział- Jestem teraz twoim ochroniarzem. Cieszysz się?
   Nie wiedziałam co powiedzieć. Tak, chciałam mieć ochronę, ale nie myślałam, że przydzielą mi go. Będzie musiał walczyć za mnie. Lubiłam go, więc nie chciałabym żeby stała mu się krzywda.
   -Tak…- skłamałam.
   Zawsze jak to robiłam poprawiałam sobie włosy, ale on chyba tego nie zauważył.
   Weszłam z powrotem do pokoiku i przebrałam się. Mar oczywiście przyniosła moje ulubione rzeczy, a mianowicie jasne dżinsy, niebieską koszule na ramiączkach z koronką i białe balerinki na koturnie.
   Gdy się przebierałam zobaczyłam moje blizny. Jedną miałam z tyłu na plecach obok kręgosłupa. Druga znajdowała się w pobliżu pępka. Nie były duże, miały około pięć centymetrów.
   Związałam sobie moje długie, czarne włosy w kitka.
   Wyszłam z powrotem na korytarz. Alex opierał się o ścianę. Gdy mnie zobaczył szeroko się uśmiechnął.
   -Ślicznie wyglądasz-powiedział.
   -Dzięki.
   Wyszliśmy ze szpitala. Zobaczyłam „Drzewo dusz” i chciało mi się śmiać. Choć może trochę prawdy jest w tym porozumiewaniu się. Nie wiem jak to jest, bo nigdy nie brałam narkotyków.
   -Mar mówiła ci coś o radzie?- zapytał Alex. Światło księżyca odbijało się od jego ciemnych oczu, więc były jeszcze piękniejsze.
   -Tak mówiła coś, że mają przyjechać, ale nie powiedziała dlaczego.
   -Z twojego powodu. Są już tu tydzień i czekają na ciebie, więc najlepiej byłoby gdybyś spotkała się z nimi dzisiaj.
   -A po co?- zapytałam głupio.
   -Żeby dowiedzieć się o sobie trochę więcej niż z książek od historii. Wytłumaczą ci wszystko co i jak.
   -Okej…- powiedziałam z niechęcią -to kiedy mogę się z nimi spotkać?
   -Nawet teraz. Zaprowadzić cię do nich?- cały czas na mnie patrzył i o mało co się nie przewrócił. Jednak jego spojrzenie przykrywała maska obojętności, ale wiedziałam, że kryje się tam coś więcej. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam:
   -Co?
   -Co, co?
   -No czemu się tak na mnie patrzysz?
   -Ale jak?
   -No tak jak teraz.
   -Czyli?
   -No, tak dziwnie.
   -Nie, przecież normalnie… - wbił wzrok w dróżkę.
   Zrobiło się trochę niezręcznie. Alex maił rumieńce, a ja nic nie mówiłam. Nawet nie śmiałam na niego spojrzeć.
   Weszliśmy do budynku nauczycielskiego. Mieszkali tam nauczyciele i dyrektorka. Ogólnie była to mała budowla w porównaniu z innymi na terenie internatu. Szliśmy długim korytarzem aż do ogromnych rzeźbionych drzwi.
   -No, dalej nie mogę wejść. Chyba sobie poradzisz?- zapytał.
   -Jasne-odpowiedziałam i pchnęłam wielkie drzwi.
   Przy wielkim stole siedziało siedem osób. To prawdopodobnie była ta rada. Były tam istoty z różnych krajów. Chińczycy, Murzyni, Indianie.
   Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Na ścianach widniały wspaniałe obrazy, portrety i cenne płaskorzeźby. Przez wielkie okna wpływało światło księżyca. Nie było tam żadnych lamp. Tylko świece.
   -Siadaj, drogie dziecko- powiedziała kobieta siedząca na końcu stołu wskazując krzesło obok niej. Była piękna, choć miała jaskrawo rude włosy i zielone jak trawa oczy. Z jej twarzy nie dało się za dużo wyczytać. Była jednocześnie zdenerwowana jak i szczęśliwa.Była swietoczą.- Musimy ci wiele wytłumaczyć.