sobota, 30 listopada 2013

Mam wrażenie, że nikt mnie nie czyta!

Niby wejścia są i w ogóle, ale komentarzy nadal mało...
Gdy czytasz to zostaw po sobie pamiątkę! Anonimowe też uznaje.
Nie mam pewności, że mnie czytacie i jest mi przykro gdy wchodzę na bloga i widzę, że nie ma żadnych nowych komentarzy!
Komentujcie jak najwięcej i szczerze. Piszcie czy mam coś poprawić...
Nie wiem co mam myśleć o tym braku komentarzy...
Jeśli nadal tak będzie to chyba zawieszę blog...

poniedziałek, 25 listopada 2013

Konkurs!

Odpowiedz na pytania:
1.     Jaka jest pora roku?(1p)
a)zima   b)jesień   c)wiosna
2.     Opisz Alexa.(2p)
3.     Jaki kolor oczu ma Zuza? (1p)
a)zielony   b)brązowy   c)wielokolorowe
4.     Co to jest swietocza?(2p)
5.     Jaką istotą jest Dominik?(1p)
a)wampirem   b)wilkołakiem
6.     Jaki styl ubierania ma Mar?(2p)
7.     Czym różnią się bliźniacy?(1p)
8.     Czy wilkołaki śpią w dzień?(1p)
a)     Tak   b) nie
9.     Z kim Zuza tańczyła na imprezie?(1p)
 a)z Alexem   b) z Dominikiem   c)z Damianem
10.  Jak zabito chłopaka, który walczył z Alexem?(1p)
11.W którym rozdziale zadzwoniła mama Zuzki?(1p)
a)IV   b)V   c)VI
12. Kiedy Zuzanna spotyka po raz pierwszy Dominika? Opisz sytuację.(2p)
13.  Kiedy Zuza odkrywa w sobie moc?(2p)
14. Od kogo była kartka, którą dostała Zuza, gdy leżała w szpitalu?(1p)
a)od Mar i bliźniaków   b)od Dominika   c)od Ludmiły
15.  Kto jest ochroniarzem głównej bohaterki?(1p)
a)Dominik   b)Łukasz   c)Damian
16. Co to Sante?(2p)
17. Co stało się w Jaskini?(3p)
18.  Kim jest Ludmi?(1p)
19. Kto został ranny podczas wybuchu?(1p)
a)Allan   b)Alex   c)pan Handerson
20. Kto zginął w czasie ataku?(1p)
a)Ludmiła   b)Marcela   c)Dominik
21.Gdzie pojechała Zuza z przyjaciółmi?(1p)
22. Czy Allan umarł?(1p)
a)tak   b)nie

Wszyscy uczestnicy pojawią się na tablicy z prawej strony.

Kryteria:
27-30 – uzależniony <3
22-26 – wierny czytelnik
15-21 – czytelnik
10-14 – chyba się nie postarałeś
5-9 – chyba miałeś szczęście!
0-4 – jeśli nie czytasz to nie bierz udziału


Informuję, że niektóre pytania są mylne! W pytaniach otwartych nie można cytować, ani ściągać od innych! Piszcie swoimi słowami i jak najwięcej!
Konkurs ważny do odwołania!

niedziela, 24 listopada 2013

IX

   Nagle ogłuszył nas huk wybuchu.
   Słyszałam krzyki i hałas strzelającego karabinu. Dach stołówki się zawalił.
   Gdzie jest Marcela? Stała w pobliżu tego budynku.
   - Marcela! -krzyczałam- Mar, gdzie jesteś?!
   Pobiegłam w stronę jadalni. Zobaczyłam, że źródłem wybuchu było drzewo dusz. Ktoś podłożył niewielką bombę. Gdy wybuchła, drzewo zamieniło się w wielkie pociski lecące z wielką siłą.
   Zauważyłam Marcelę. Pochylała się nad kimś. Podbiegłam do niej i uściskałam ją. Z oczu leciały jej łzy. Spojrzałam na człowieka, nad którym się przed chwilą pochylała. Gdy zobaczyła, że patrzę na półmartwego Allana powiedziała:
   -To… leciało na mnie… ale on… odepchnął mnie… -teraz rozryczała się na dobre.
   Allan leżał nie przytomny w wielkim ostrym kawałkiem drzewa w brzuchu.
   - Jeszcze żyje –Alex sprawdził mu puls- ale musimy uciekać. Idziemy do szkolnego garażu. Tam są stare busy. Ja zaniosę go tam, a wy poszukajcie jeszcze żywych.
   Bez namysłu pobiegłyśmy z Mar w stronę szkoły.
   Nagle usłyszałyśmy kolejny wybuch, ale tym razem w internacie. Rozpętało się piekło. Znów słyszałam krzyki i strzały tylko, że znacznie bliżej. Kula przeleciała mi obok głowy. Zobaczyłam, że niedaleko nas stoi jakiś koleś i celuje we mnie pistoletem.
   Złapałam Marcelę za rękę i pobiegłyśmy przez wyludniony korytarz szkoły. Zauważyłam otwarte drzwi do schowka na miotły i wciągnęłam do niego Mar.
   Chłopak oczywiście nas gonił, ale nie zdążył zobaczyć gdzie wchodzimy.
   Byłyśmy cicho jak myszki gdy przechodził obok drzwi.
   Gdy przeszedł odetchnęłyśmy z ulgą.
   Oczywiście wszystko musiałam popsuć kichając.
   Chłopak otworzył drzwi, a ja skupiłam się na lampie i nagle chłopak padł na ziemię. Z lampy wydobywał się duży piorun, który go zabił. Koleś leżał w wejściu. Jego oczy były zakrwawione, a ciało dymiło się. Byłam przerażona. Jak ja mogłam zrobić coś takiego? Tak, broniłam przyjaciółki i siebie, ale to nie powód żeby zabijać. Mogłam go jakoś powalić, obezwładnić, ale nie. Zabiłam go.
   Mar złapała mnie za rękę i przeskoczyłyśmy go. Znów biegłyśmy korytarzem. Z moich oczu płynął wodospad łez. Jak ja mogłam zrobić komuś krzywdę?
   Biegłyśmy przed siebie. Nagle Moje przyjaciółka stanęła i przyłożyła rękę do ust. Spojrzałam w tą samą stronę co ona. Przy szafkach leżeli bliźniacy. Martwi.
   Marcela przyklękła obok nich, a ja zrobiłam to samo. Płakałyśmy. Co prawda prawie ich nie znałam, ale ta świadomość, że przed chwilą z nimi rozmawiałam całkowicie mnie rozbiła.
   - Wstawaj Mar! –powiedziałam. –Nie możemy tu zostać! Zabiją nas!
   Niechętnie wstała i pobiegłyśmy dalej. Gdy skręcałyśmy wpadłam na kogoś. Myślałam, że to jeden z tych złych i prawie go zabiłam energia buchającą z lamp.
   - Dominik?! –rzuciłam mu się na ramiona. –Ty żyjesz!
   - Na razie tak –powiedział i uścisnął mnie.
   - Musisz iść z nami –Mar była zniecierpliwiona. –Zwiewamy stąd!
   Złapałam go za rękę i teraz biegliśmy w trzech do garażu.
   Mieliśmy szukać żywych, a tym czasem sami musieliśmy walczyć o własne życie. Dominik po drodze zabił dwóch złych wampirów. W końcu dotarliśmy do garażu. Alex tam na nas czekał. Bez słowa wsiedliśmy wszyscy do auta.  Alex prowadził, a ja siedziałam obok. Reszta znajdowała się na tyłach busa.
   Wyjechaliśmy na dziedziniec. Usłyszałam strzały skierowane do nas. Alex mocniej nacisnął gaz. Wjechał w starą bramę i wyrwał ją przy tym z hukiem.
   Rozryczałam się po raz kolejny.
   - Zuza, uspokój się… -powiedział spokojnie Alexander.
   - Nie! Nie chcę!- krzyczałam. –Dlaczego to muszę być ja? Nie chciałam takiego życia! Nie chciałam!...
   Miałam już dość. Miałam dosyć tego! Chciałabym się obudzić w ciepłym łóżku, w domu.
   Gdy się uspokoiłam Dominik powiedział:
   - Ja też nie chciałem. Ale co możemy zrobić? Zuzka, musisz być silna –położył mi dłoń na ramieniu. – Nie możesz się poddać. Musisz być silna.
   Wzięłam głęboki oddech.
   - Możesz jechać trochę szybciej? –zapytała Mar Alexa –Z Allanem coraz gorzej…
   - A gdzie my w ogóle jedziemy?- zapytałam.
   - Do mnie- powiedział Alex.
   Odwróciłam się by spojrzeć na Allana. Miał zrobiony opatrunek z jakiejś koszuli. Jego skóra była blada, a oczy podkrążone. Naprawdę nie wyglądał najlepiej.
   - Ma ktoś telefon przy sobie?- zapytał kierowca.
   - Tak, ja- odparłam.
   - Zadzwonisz do moich rodziców? Chciałbym, aby byli w domu, gdy do nich trafimy.
   - Jasne –podałam mu telefon, a on wbił numer i oddał mi go.
   Wcisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha. Po paru sygnałach odebrała jakaś kobieta:
   - Słucham?
   - Dzień dobry –mówiłam drżącym głosem.-Nazywam się Zuzanna i jestem przyjaciółką Alexa. Szkoła została zaatakowana przez złe wampiry. Właśnie jedziemy do państwa z Alexem i kilkorgiem przyjaciół.
   - O Boże! –usłyszałam. Kobieta była zdenerwowana. –Czy nic mu nie jest?
   - Nie, ale nasz przyjaciel ma kawałek drewna w brzuchu. Czy pomogliby nam państwo go uratować?
   - Tak, oczywiście! Czy tylko on jest ranny?- zapytała z troską.
   - Tak.
   - A ilu was jest?
   - Pięciu.
   - Tylko wy uciekliście?- była zdziwiona.
   - Chyba tak.
   - Będziemy na was czekać.
   - Dziękujemy.
   Rozłączyłam się i odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam przez szybę. Już było jasno na niebie. Księżyc powoli znikał, a słonce za to dominowało.
   Wpatrywałam się w chmury, ale przed oczami miałam chłopaka, którego zabiłam. Widziałam tylko jego dymiące się ciało.
   Zdjęłam buty i przyciągnęłam kolana do piersi. Głowę oparłam o szybę busa i zasnęłam.

   Obudziłam się wieczorem. Leżałam w nieznajomym pokoju, pewnie u Alexa w domu. Wstałam z łóżka i wyszłam na korytarz. Zeszłam na dół po kręconych schodach. Weszłam do salonu.
   - Dobry wieczór –powiedziałam wszystkim. –Jak tam Allan? –usiadłam na kanapie obok Mar.
   - Lepiej, –odpowiedziała mi z uśmiechem –odzyskał przytomność, ale musi odpoczywać.
   Pokiwałam głową. Do pokoju weszła starsza kobieta. Też była mulatką. Miała piękne ciemne włosy. W rękach trzymała tacę z kanapkami.
   - I jak się spało? –zwróciła się do mnie. Domyśliłam się, że to mama Alexa. Była bardzo podobna do niego.
   - Bardzo dobrze. Dziękuję.
   - Musicie wszyscy być bardzo zmęczeni. – Postawiła tacę na stoliku do kawy i usiadła obok mnie. – Proszę, częstujcie się. Na pewno jesteście głodni.
   Oczywiście pani Collins musiała dorobić kanapek. Wszyscy byliśmy spokojni, ale wiedzieliśmy, że będziemy musieli wyjechać stąd, ponieważ państwo Collins nie będą bezpieczni. Jak zwykle przeze mnie i moją moc.

środa, 20 listopada 2013

VIII

  Szczęście szybko mnie opuściło, gdy dowiedziałam się, że będzie sprawdzian z likantropii, a musiałam jeszcze nadrobić dwa tygodnie nieobecności. I znów szkolna rutyna…
   Poszłyśmy z Mar na lunch i było nawet zabawnie. Ludmiła oczywiście wszystko popsuła.
   -No, no nasza swietocza!- Ludmi była najwredniejszą dziewczyną w szkole. Oczywiście miała przyjaciółeczkę, która załatwiała za nią prawie wszystko. Tak jak pies na posyłki.- Nie myśl sobie, że coś znaczysz, bo ja żądzę w tej budzie i wszyscy robią to co ja chcę. Nie pozwolę, żeby jakaś niezdara, która co rusz leży w szpitalu budziła większe zainteresowanie niż moja osoba!- Podniosła kubeczek z colą w środku i wylała go na moją bluzkę, a ja nie zastanawiając się długo chwyciłam sok pomidorowy Marceli i zrobiłam to samo.
   Czy we wszystkich szkołach muszą być takie wredne lale?
   Blondynka o długich włosach zrobiła się cała czerwona, a w jej niebieskich oczach czaiła się nienawiść.
   -Papa! Miłego dnia życzę! –powiedziałam.
   -To jeszcze nie koniec!- krzyknęła jej przyjaciółka. Chyba nazywała się Agnieszka. Miała krótkie, proste, czarne włosy i brązowe oczy. –Pożałujesz tego! – Za plecami Ludmiły uśmiechnęła się do nas i uniosła kciuki do góry. Mrugnęła do Łukasza siedzącego obok Marceli i pobiegła za Ludmiłą.
   Byłam cała mokra, wiec poszłam do pokoju się przebrać. Po drodze spotkałam Dominika. Przywitałam go, ale on tylko mnie minął i nic nie odpowiedział. Stanęłam i odwróciłam się.
   -Dominik!- krzyknęłam za nim.
   -Tak? –obrócił się w moją stronę.
   -Unikasz mnie?- zapytałam spokojnie.
   -Nie… ja tylko… -nie wiedział co powiedzieć, spuścił wzrok.
   -Dlaczego? Przecież mówiłeś, że jesteśmy przyjaciółmi, a teraz mnie unikasz! –nadal nie odpowiadał, wiec mówiłam dalej. –Myślałam, ze mnie lubisz, ale widocznie się pomyliłam…
   -Zuzka, zaczekaj…- powiedział, gdy już odchodziłam. –Naprawdę cię lubię, ale muszę przemyśleć parę spraw i muszę zrobić to w samotności.
   -Dobra… -powiedziałam i weszłam do internatu dla dziewczyn.
   Wróciłam na lekcje i dzień jakoś minął. Gdy szłyśmy z Mar do pokoju Allan ją zaczepił i długo rozmawiali, a mi się nie chciało na nią czekać, więc wędrowałam dalej. W oddali zauważyłam Alexa opierającego się o drzewo nieopodal fontanny. Był taki smutny. W zasadzie to już dwa tygodnie miał taka minę. Podeszłam do niego i zapytałam:
   -Hej, co się stało?
   -Nic…- odpowiedział w zamyśleniu.
   -Jak to nic? Przecież widzę… Coś cię trapi od dwóch tygodni.
   Po chwili zastanowienia powiedział:
   -Podoba mi się taka jedna dziewczyna, ale ona chyba woli innego…
   -A skąd to wiesz? Dała ci kosza?
   -Nie, ona o tym nie wie…
   -Dlaczego? Jak jej nie powiedziałeś, to skąd możesz wiedzieć czy woli innego?
   -Mam takie przeczucie…
   Dopiero teraz dotarło do mnie co przed chwilą powiedział i zdałam sobie sprawę, że jestem o niego strasznie zazdrosna.

czwartek, 14 listopada 2013

VII

   Nie umiałam pływać, więc od razu poszłam na dno. Pod wodą widziałam kolorowe ryby, niektóre świeciły na biało, a inne na złoto. Zdziwiłam się trochę, ponieważ na powierzchni nic nie widać, a tu było tak jasno, że aż oczy mnie bolały. Jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknych ryb, ani świetlików, które latały przy ścianach i suficie jaskini.
   Dominik zanurzył się i wyciągnął mnie na powierzchnię, a potem złapał w tali. Położyłam mu ręce na ramionach, bo bałam się, że znów pójdę na dno. Byliśmy bardzo blisko siebie, nasze nosy prawie się stykały. Patrzeliśmy sobie głęboko w oczy i coraz szybciej oddychaliśmy. Czułam jak przyspieszył mi puls. Myślałam, że odwróci wzrok albo odsunie się ode mnie, ale nie. Nadal czułam jego gorące dłonie na moim rozpalonym ciele.
   W końcu zrobiłam się cała czerwona i spojrzałam w górę na świetliki. Nie dawno się poznaliśmy, ale czułam coś do niego. Może to wydawać się dziwne, ponieważ jeszcze przed chwilą się nienawidziliśmy, ale czułam między nami chemię. Gdy przeprosił mnie jakaś bariera między nami pękła. Poznałam całkiem nowe oblicza jego cech. Wydawał się oschły, wredny i nieczuły na ludzkie krzywdy, a okazało się, że to był tylko taki trik obronny. Myślę, że bał się znajomości ze swietoczą, która wylała mu kawę na czystą bluzkę i jeszcze obraziła go publicznie. A może to ja byłam tą złą? Już sama nie wiem co o tym myśleć.
   Odsunęłam się troszkę od niego, a on załapał o co chodzi. Pomógł mi podpłynąć do brzegu, a potem wyjść z wody. Usiedliśmy na ziemi nie mówiąc ani słowa. Nadal byłam cała czerwona, a on intensywnie myślał o czymś.
   -Pięknie tu –powiedziałam po chwili zażenowana tą sytuacją.
   -Tak-odpowiedział w zamyśle.
   -Zuzka?- usłyszałam głos za moimi plecami.- Wszędzie Cię szukałem.
   Odwróciłam głowę i zobaczyłam Alexa stojącego w wejściu do jaskini. Ucieszyłam się na jego widok. Wybawca dziwnych sytuacji. Tak, na pewno nim był. Wyglądał jeszcze piękniej niż go zapamiętałam. Był trochę smutny, ale świetnie to ukrywał. Gdy napotkał mój wzrok lekko się uśmiechnął.

   Dwa tygodnie później umiałam już miej więcej panować nad moją mocą. Cały czas się uczyłam, a Sophie mocno na mnie naciskała. Nawet nie mogłam chodzić na lekcję, bo jak mówiła „Gdy jesteś swietoczą kondycja jest ważniejsza od wiedzy” no i znów musiałam brać się do ćwiczeń. Cała rada już wyjechała oprócz niej. Ona nadal chciała ćwiczyć i ćwiczyć. Nie miałam nawet czasu obejrzeć filmu z przyjaciółmi. Tylko późnymi wieczorami urządzałyśmy sobie z Mar pogaduchy. Mówiła, że Allan coraz częściej do niej zagaduje i raz nawet przyszedł do naszego pokoju, aby zamontować mały telewizor. To oczywiście był tylko pretekst, aby go spotkać. Marcela stała się moją najlepszą przyjaciółką, a Alex przyjacielem. Z Dominikiem prawie w ogóle się nie widziałam. Po tej sytuacji w jaskini zrobił się bardzo nieśmiały.
   Wybierałam się na ćwiczenia, gdy na korytarzu zauważyłam Sophie. Podeszłam do niej i zapytałam:
   -Mam do ciebie taką prośbę, czy mogę iść dzisiaj na lekcje?
   -Tak dziś możesz. Przepraszam cię Zuza, ale wyjeżdżam na tydzień. Jutro przyjedzie tu Tukada i zajmie się tobą. Będziesz już mogła chodzić na lekcje, ale i tak będziesz ciężko ćwiczyć.
   Ucieszyłam się bardzo z tego powodu. Jeszcze nigdy nie chciałam chodzić na lekcje.
  ----------------------------------------------------------------------------------------------------------
  Ostatnio dodałam stronę: BOHATEROWIE, więc piszcie czy mam coś zmienić :p

wtorek, 12 listopada 2013

VI

    -Opisz mi każdego z rady. Muszę sobie ich wyobrazić. Rany jakie to ciekawe!- Mar nie mogła doczekać się mojej odpowiedzi.
   -No dobra...- byłam już zmęczona.-Jest Sophie, nie ma ona żadnych mocy, ale jest najsilniejsza, to ta ruda Szkotka o zielonych oczach , po niej są jeszcze dwie swietocze: Aya i Eri. Aya to murzynka o pięknej urodzie, a Eri pochodzi z Japonii. Też są silne, ale nie aż tak jak Sophie. Po nich jest Indian Tukada. To najsilniejszy wilkołak na świecie. No i jest jeszcze Amerykanin William, to wampir. To już wszyscy.
   -A co ci powiedzieli?
   -Sophie powiedziała, że jestem jedyną swietoczą z jakimiś mocami na świecie. Jestem ich jedyną nadzieją, bo złe wampiry coraz częściej atakują naszych ludzi. Będę musiała pokonać ich władcę to może ataki ustaną, ale najpierw będę musiała poćwiczyć, bo jeszcze nie umiem panować nad swoją mocą.
   -A jaką ty masz moc?- Mar była zdziwiona.
   -Panuję nad energią, a tak przynajmniej powiedziała Aya. Na przykład nad prądem.
   -Aha. Wierzysz im?
   -No, chyba tak. Ostatnio gdy byłam wściekła na Dominika to lampy pękały. A właśnie, co z nim? Ostatnio widziałam jak dostał z kolanka w brzuch.
   -Należało mu się, ale czule się dobrze. Miał poczucie winy, ale jak usłyszał, że wyzdrowiałaś, to od razu o tym zapomniał.
   -Warto wiedzieć - byłam trochę zaskoczona. Nie sądziłam, że stać go na poczucie winy.
   -Mówiłaś, że członkowie rady pochodzą z różnych krajów, więc jak z nimi rozmawiałaś?
   -Mieli swoich tłumaczy. Jutro zaczynam szkolenie. Sophie będzie mnie uczyć. Już się boję.
   -Nie masz czego - pocieszyła mnie. Miała tak wielki uśmiech na twarzy, że od razu zrobiło mi się cieplej na duszy.
   -Tukada jeszcze mówił coś o jakimś przeznaczeniu… i o jakimś bogu wampirów czy coś… wiesz, on jest mocno wierzącym Indianinem. Mówił, że jakiś Sante mnie wybrał, gdy się urodziłam.
   -A kto to Sante?
   -Jakiś zwierzchnik tego boga… Osobiście w to nie wierzę, ale jednak coś w tym jest… A tak w ogóle to złapali tych, którzy do mnie strzelali?
   -Nie niestety uciekli- spochmurniała. -Ale wiedzą kto to zrobił, więc prędzej czy później…- nie dokończyła. Wiedziała, że myślimy o tym samym.
   Około północy poszłyśmy na lunch. Znowu usiadłyśmy przy tym samym durnym stoliku, którego powoli zaczynałam nienawidzić. Oczywiście dołączyli bliźniacy i przyjemnie nam się rozmawiało. Było super dopóki Dominik nie podszedł do naszego stolika. Wtedy od razu zaległa nieprzyjemna cisza, której tak próbowaliśmy uniknąć. Dominik popatrzył na mnie, a potem na resztę. Spuścił wzrok po czym zawstydzony zapytał:
   -Zuza, możemy porozmawiać w cztery oczy?
   -No jasne- wstałam i wyszłam z nim z jadalni. Powietrze jak zawsze było czyste i chłodne. Wiatru wcale nie było.
   Oparłam się o ścianę budynku, a on zrobił to samo. Milczeliśmy przez dłuższą chwilę po czym powiedział:
   -Przepraszam.
   -Za co?- zapytałam głupio.
   -Za moje zachowanie. Gdyby nie ja to nic by się nie stało. To przeze mnie wybiegłaś… Jaki ja jestem głupi… -prychnął.
   -To nie twoja wina- zapewniłam.- I tak chciałam iść do pokoju… A w ogóle po co mi to mówisz? Przecież mnie nie lubisz… Sumienie cie gryzie?
   -Nie, ja po prostu… Nie wiem. Chyba cię trochę polubiłem. Nie jesteś aż taka zła jak myślałem…
   -Więc, co? Zakopiemy topór wojenny?
   -Niech będzie. Ale jak mi podpadniesz…- przejechał sobie palcem po szyi i oboje wybuchliśmy śmiechem.
   -Chodź, idziemy z powrotem do stołówki.
   -Nie, czekaj –złapał mnie za dłoń. Jego była gorąca, a moja przemarznięta z zimna. –Chciałbym Ci pokazać moje ulubione miejsce. Pójdziesz ze mną?
   -Tak.
   -Ale muszę ci zakryć oczy.
   -No dobra -uśmiechnęłam się.
   Gdy już byliśmy na miejscu odsłonił mi oczy i zobaczyłam, że jesteśmy w jaskini. Nie jakiejś tam jaskini. Ta była ogromna. Na środku znajdowało się duże jeziorko. Woda w nim była turkusowa i  dalej od brzegu robiła się ciemniejsza. Nie było tam stalagmitów i stalaktytów. Na górze świeciły miliony niebieskich świetlików, które wyglądały jak migoczące gwiazdy rozsypane po niebie.
   Podeszłam bliżej jeziorka i poślizgnęłam się. Dominik chciał mnie złapać, ale oboje wpadliśmy do wody.
Uwaga!
Ostatnio założyłam drugiego bloga, ale tego też będę pisać.
Oto mój drugi blog:
http://zdradazuzastarr.blogspot.com/2013/11/rozdzia-1.html

niedziela, 10 listopada 2013

V

   Pchnęłam drzwi i wybiegłam na dwór. Może to tylko zwarcie. Tak, to na pewno nie byłam ja.
   Dominik wybiegł za mną. Domyśliłam się, że jest wampirem, bo od razu złapał się za głowę, ale nadal biegł.
   -Zuzka! Poczekaj!- krzyczał. Ciekawe skąd znał moje imię.
   -Nie mam ochoty z tobą rozmawiać! –krzyknęłam. Byłam naprawdę wściekła. 
   Lampy przy żwirowej dróżce zaczęły migotać. Ciekawe dlaczego? Przecież był dzień.
   -Ale ty nie rozumiesz! –nadal mnie gonił.
   -Tak, masz rację – odwróciłam się do niego –jestem, jak to nazwałeś, głupią idiotką, więc nic nie rozumiem! –lampa obok mnie pękła. –Nie będę z tobą rozmawiać!
   -Ale…
   -Nie odzywaj się do mnie! I zostaw mnie w spokoju!
   Chciałam odejść, ale złapał mnie w nadgarstku.
   -Ale ty jesteś jedną z „tych”.
   -Jakich „tych”? Co ty w ogóle bredzisz? Naćpałeś się czy co?
   Wyrwałam rękę z jego ucisku i ruszyłam w stronę internatu.
   Nagle krzyknął:
   -Zuza, uciekaj!
   Odwróciłam się i zobaczyłam, że dwóch kolesi trzyma go, aby się nie wyrywał. Trzeci stał obok i celował we mnie z łuku.
   Uciekałam. To był ten, który mnie porwał. Chciał mojej śmierci. To wszystko było jakieś dziwne. Nie wiedziałam dlaczego, i czemu jestem taka ważna. A w szczególności nie miałam pojęcia o co chodzi w tej walce pomiędzy dobrymi istotami, a złymi.
   Pierwsza strzała wbiła się w żwir obok moich stóp. Z drugą nie miałam tyle szczęścia. Przeszyła mnie na wylot. Upadłam na kolana. Z mojego brzucha wystawała strzała, której grot był brudny od mojej krwi. Nie potrafię opisać dokładnie tego uczucia. Oczywiście strasznie bolało. Miałam też świadomość, że zaraz padnę i to było najgorsze. Krew obficie tryskała z rany. Osunęłam się na żwir. Leżałam w kałuży własnej krwi. Dominik strasznie krzyczał, ale nie rozumiałam go. Zobaczyłam jeszcze, że jeden z mężczyzn z całej siły kopnął go z kolana w brzuch. Chłopak upadł na kolana i spuścił głowę. Po chwili zamknęłam oczy i to był koniec. A przynajmniej tak myślałam.

   Ocknęłam się. Byłam strasznie obolała. Przypomniałam sobie ostatnie zdarzenia. Ciekawe co zrobili Dominikowi. Nie wybaczyłabym sobie gdyby zginął. Wybiegł za mną i to z mojej winy. Mogłam się w ogóle nie odzywać do niego.
   Leżałam na łóżku szpitalnym. Tak w zasadzie to chyba w szkolnym szpitalu. Kiedyś Mar oprowadziła mnie po całym internacie i byłyśmy też tu.
   Strzały w moim brzuchu już nie było, ale nadal strasznie bolał.
   Usiadłam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Obok mojego łóżka stało drugie, ale wolne. Na szafce nocnej stał bukiet kwiatów. Ciekawe od kogo. Znalazłam małą karteczkę na której pisało:
   „Zdrowiej szybko. Wszyscy na Ciebie czekamy. Wybacz nam, ale nie możemy teraz z tobą być.
 Mar i bliźniacy”
   Strasznie się ucieszyłam. Widać, że mnie choć trochę lubią. Wstałam z łóżka. Miałam na sobie swoją piżamę. Pewnie paczka od mamy doszła. Ale tak szybko? Przecież dzisiaj rano z nią rozmawiałam. Stwierdziłam, że nie będę w to wnikać. Już nic mnie nie zdziwi.
   Chyba poproszę dyrektorkę, żeby przydzieliła mi ochronę. Mam już dość tych ataków i leżenia w szpitalu. Następnym razem będę leżeć w ziemi, a nie na łóżku szpitalnym.
   Wyszłam z małego pokoju i rozejrzałam się po korytarzu. Mniej więcej wiedziałam gdzie jestem. No, nie jest tak źle. Przez drzwi na klatkę schodową wszedł Alex z kubkiem kawy. Gdy mnie zobaczył uśmiechnął się i podszedł bliżej.
   -Jak się czujesz?- zapytał. Ślicznie wyglądał w zielonej koszulce.
   -Chyba dobrze - odpowiedziałam niechętnie, byłam zmęczona.- Czy wiesz kiedy wyzdrowieję?
   -Biorąc pod uwagę, że obudziłaś się to myślę, że dziś wieczorem będziesz pełna życia.
   Nie byłabym tego taka pewna.
   -A gdzie lekarz?- zapytałam.
   -Jeśli chodzi o ranę to nie przyjdzie, bo już dwa dni temu się zagoiła. Czekaliśmy tylko aż się obudzisz.
   -To ile ja tu leżałam?
   -Mniej więcej tydzień.
   -O boże! Aż tyle?!- byłam zdziwiona.-Jak to?
   -Rana niby się zagoiła, ale wątroba potrzebowała więcej czasu. Będziesz miała blizny, ale nie przejmuj się, mogło być gorzej.
   -Ale jak ostatnio miałam ranę to nie zostało po niej ani śladu.
   -Ale ta była głębsza.
   Przez chwilę milczeliśmy aż w końcu powiedział:
   -Chcesz może już iść do swojego pokoju? Marcela przyniosła ci ostatnio ubrania. Są w szafce nocnej. –Wyprostował się i powiedział- Jestem teraz twoim ochroniarzem. Cieszysz się?
   Nie wiedziałam co powiedzieć. Tak, chciałam mieć ochronę, ale nie myślałam, że przydzielą mi go. Będzie musiał walczyć za mnie. Lubiłam go, więc nie chciałabym żeby stała mu się krzywda.
   -Tak…- skłamałam.
   Zawsze jak to robiłam poprawiałam sobie włosy, ale on chyba tego nie zauważył.
   Weszłam z powrotem do pokoiku i przebrałam się. Mar oczywiście przyniosła moje ulubione rzeczy, a mianowicie jasne dżinsy, niebieską koszule na ramiączkach z koronką i białe balerinki na koturnie.
   Gdy się przebierałam zobaczyłam moje blizny. Jedną miałam z tyłu na plecach obok kręgosłupa. Druga znajdowała się w pobliżu pępka. Nie były duże, miały około pięć centymetrów.
   Związałam sobie moje długie, czarne włosy w kitka.
   Wyszłam z powrotem na korytarz. Alex opierał się o ścianę. Gdy mnie zobaczył szeroko się uśmiechnął.
   -Ślicznie wyglądasz-powiedział.
   -Dzięki.
   Wyszliśmy ze szpitala. Zobaczyłam „Drzewo dusz” i chciało mi się śmiać. Choć może trochę prawdy jest w tym porozumiewaniu się. Nie wiem jak to jest, bo nigdy nie brałam narkotyków.
   -Mar mówiła ci coś o radzie?- zapytał Alex. Światło księżyca odbijało się od jego ciemnych oczu, więc były jeszcze piękniejsze.
   -Tak mówiła coś, że mają przyjechać, ale nie powiedziała dlaczego.
   -Z twojego powodu. Są już tu tydzień i czekają na ciebie, więc najlepiej byłoby gdybyś spotkała się z nimi dzisiaj.
   -A po co?- zapytałam głupio.
   -Żeby dowiedzieć się o sobie trochę więcej niż z książek od historii. Wytłumaczą ci wszystko co i jak.
   -Okej…- powiedziałam z niechęcią -to kiedy mogę się z nimi spotkać?
   -Nawet teraz. Zaprowadzić cię do nich?- cały czas na mnie patrzył i o mało co się nie przewrócił. Jednak jego spojrzenie przykrywała maska obojętności, ale wiedziałam, że kryje się tam coś więcej. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam:
   -Co?
   -Co, co?
   -No czemu się tak na mnie patrzysz?
   -Ale jak?
   -No tak jak teraz.
   -Czyli?
   -No, tak dziwnie.
   -Nie, przecież normalnie… - wbił wzrok w dróżkę.
   Zrobiło się trochę niezręcznie. Alex maił rumieńce, a ja nic nie mówiłam. Nawet nie śmiałam na niego spojrzeć.
   Weszliśmy do budynku nauczycielskiego. Mieszkali tam nauczyciele i dyrektorka. Ogólnie była to mała budowla w porównaniu z innymi na terenie internatu. Szliśmy długim korytarzem aż do ogromnych rzeźbionych drzwi.
   -No, dalej nie mogę wejść. Chyba sobie poradzisz?- zapytał.
   -Jasne-odpowiedziałam i pchnęłam wielkie drzwi.
   Przy wielkim stole siedziało siedem osób. To prawdopodobnie była ta rada. Były tam istoty z różnych krajów. Chińczycy, Murzyni, Indianie.
   Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Na ścianach widniały wspaniałe obrazy, portrety i cenne płaskorzeźby. Przez wielkie okna wpływało światło księżyca. Nie było tam żadnych lamp. Tylko świece.
   -Siadaj, drogie dziecko- powiedziała kobieta siedząca na końcu stołu wskazując krzesło obok niej. Była piękna, choć miała jaskrawo rude włosy i zielone jak trawa oczy. Z jej twarzy nie dało się za dużo wyczytać. Była jednocześnie zdenerwowana jak i szczęśliwa.Była swietoczą.- Musimy ci wiele wytłumaczyć.


czwartek, 7 listopada 2013

IV

   Ocknęłam się wieczorem, a tak w zasadzie to Mar mnie obudziła. Mówiła, że spóźnimy się na lekcje. Wstałam z niechęcią, oczy mi się kleiły do powiek i nadal byłam śpiąca.
   Marcela znowu pożyczyła mi ciuchy, bo moje jeszcze nie dotarły. Naprawdę miała świetny styl. Te jej bluzki były super, a spodnie… CUDNE! Tyle ich miała, że starczyłoby dla trzech osób.
   Dała mi kremowy sweterek i dżinsy z łańcuszkiem przy tylnej kieszeni. Pożyczyła mi supernowe kremowe lity. Sama ubrała się w białą bluzkę z napisem „SWEET” pośrodku, a na to czarną kamizelkę z ćwiekami na ramionach. Miała ciemne dżinsy i czarne lity.
   Już wychodziłyśmy z pokoju, gdy nagle zadzwonił telefon stacjonarny.
   -Słucham –odebrałam go.
   -Zuza, czy to ty? –odezwała się moja mama.
   -Mamo!- ucieszyłam się i szepnęłam do Mar żeby szła na lekcje, bo ja się trochę spóźnię. –Mamo, jak ja za wami tęsknię!
   -Tak, wiem. My za tobą też – jej głos był oschły.-Przepraszamy, że nie powiedzieliśmy Ci kim jesteś. Tak bardzo chcieliśmy cie chronić, a okazało się, że bezpieczniej byłoby gdybyś zamieszkała tam wcześniej – widocznie nie wiedziała o wczorajszym ataku na moje życie. I się nie dowie. –Niestety nie możemy cię odwiedzać, ale jeśli czegoś potrzebujesz to powiedz. Wyślemy ci pocztą.
   -Tak. Gdybyście mogli to przyślijcie mi jakieś ubrania, bo chodzę w rzeczach koleżanki.
   -Tak, oczywiście. Przepraszam Cię córciu, ale muszę już kończyć. Spóźnię się do pracy, a ty pewnie na lekcje.
   -Pracujesz w nocy? Od kiedy?
   -Zmieniłam pracę dwa dni temu. Mieszkam razem z Robertem w Internacie Istot Poza Ludzkich w Angli. Wyślę Ci rzeczy jak najszybciej. A teraz muszę kończyć. Do usłyszenia!
   -Pa!- odpowiedziałam ze smutkiem.
   W jej głosie nie było ani trochę czułości. Jeszcze nigdy nie była dla mnie taka oschła. Zadzwoniła tylko z obowiązku. To było słychać od pierwszego słowa. Zawsze mówiła do mnie Zuziu(czego nie lubiłam), a teraz inaczej.
   Wyszłam z pokoju i zakluczyłam go. Wybiegłam na dwór. Był wczesny wieczór, więc powietrze było jeszcze ciepłe.
Nie było tu śniegu podczas zimy i to był wielki plus. Wpadłam do klasy i powiedziałam:
   -Przepraszam za spóźnienie, ale…
   -Tak, wiem- powiedział pan Handerson. Na razie to jedyny nauczyciel, który był w porządku. –Marcela mi powiedziała.
   Spojrzałam na nią, a ona uśmiechnęła się lekko. Naprawdę ją lubiłam.
   Lekcja minęła bardzo szybko. Dowiedziałam się, że istnieją krwiożercze elfy, które żywią się zwierzętami, a w nagłych wypadkach ludźmi. W takich chwilach cieszyłam się, że nie jestem człowiekiem.
   Po dwóch lekcjach postanowiłyśmy skorzystać ze szkolnego komputera. Mar chciała coś sprawdzić. Opowiedziała mi trochę o szkole. W poniedziałki i piątki są imprezy, a we wtorki darmowa kawa w komputerowni, dlatego tak chciała tam iść. Zastanawiałam się skąd dyrektorka bierze tyle kasy na to. Marcela mówiła mi kiedyś, że pobiera ona podatek od rodziców dzieci, które się tu uczą. Kupuje nowe książki, pościele, piżamy itp. Resztę kasy przeznacza na kawę i imprezy. Mamy też tu różne sklepy. Rodzice przysyłają nam kieszonkowe i kupujemy sobie co chcemy.
   Ustawiłyśmy się w kolejce po darmową kawę. Była bardzo długa. Stałyśmy i stałyśmy, aż w końcu Mar zamówiła cappuccino ze śmietanką i poszła zająć stolik z komputerem. Tymczasem ja zamówiłam latte macchiato. Kawa nie była gorąca, ale czego można było się spodziewać po darmowej kawie? Wzięłam papierowy kubeczek i odwróciłam się.
   Wpadłam na jakiegoś kolesia i wylałam na niego moją latte. Kubek wypadł mi z rąk.
   -Przepraszam!- spojrzałam na jego zalaną koszulę.-Ja naprawdę nie chciałam!
   -Ty głupia niezdaro!- krzyknął. Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie- Patrz gdzie łazisz!
   - Ja się tylko odwróciłam! Stałeś za blisko!
   -I to jeszcze moja wina?! Ty idiotko!- patrzył na mnie wściekłymi, niebieskimi oczami. Blond włosy miał zaczesane do tyłu, a jego biała, rozpięta przy szyi koszula była zalana moją kawą. Luźno zawiązany niebieski krawat też był brudny.
   -Naprawdę nie chciałam- powiedziałam spokojnie- ile razy mam ci to jeszcze powtarzać?
   -Gówno mnie obchodzi, czy tego chciałaś czy nie! –nadal krzyczał.- Zobacz jak ja teraz wyglądam!
   -To się przebierz!
   -Nie rozumiesz!- powiedział jakby to było oczywiste.- Nikt nie może mnie tak zobaczyć! Jeszcze pomyślą, że jestem niezdarą tak jak ty! Twoja matka pewnie żałuje, że się urodziłaś!
   Miarka się przebrała. Dostałam białej gorączki. Naprawdę chciałam mu coś zrobić. Strasznie mnie wkurzył.
   Lampy w pomieszczeniu zaczęły migotać jak oszalałe.
   -I dobrze! Może twoje przerośnięte ego trochę zmaleje!
   Gdy to wykrzyknęłam w komputerowni zrobiło się cicho. Wszyscy spojrzeli w naszą stronę.
   Odwróciłam się od niego na piecie i odeszłam.
   Lampy przestały migotać, a ja się trochę uspokoiłam.
   No to z mojej darmowej kawy nici.
   Skierowałam się w stronę Marceli. Nadal byłam zła na tego kolesia. Co on sobie myśli?! Że jest królem świata? Oj, tak. Debilizm na tym świecie się powiększa. Myślałam, że takie istoty jak ja będą mądrzejsze. Można by powiedzieć, że chłopcy wszystkich ras tacy są. Nie obrażając w tym pewnych wyjątków.
   Podeszłam do stolika i usiadłam obok Mar. Nic nie mówiłam. Nadal byłam zmęczona i na dodatek zła.
   -Brawo!- powiedziała wampirka. -Jako pierwsza postawiłaś się Dominikowi. Lepiej z nim nie zadzieraj.-Upiła łyk swojego cappuccino.
   -Hmm…
   -Wiesz, że teraz będzie chciał, żebyś go przeprosiła i przyznała się, że to twoja wina? Nie odpuści.
   -Ja też nie. To nie była moja wina. Skąd miałam wiedzieć, że stoi za mną? I w ogóle dlaczego mówisz, że pierwsza mu się postawiłam?
   -Wiesz… Nikt tego jeszcze nie zrobił. Jest typowym Bad-boyem więc wszystkie dziewczyny na niego lecą.
   -Naprawdę? Ty też?
   -Może trochę…- powiedziała z niechęcią.-Jest przystojny.
   -Tak, ale jego idiotyzm przewyższa wszystko.
   -Nie jest aż taki zły. Tylko jak zajdziesz mu pod skórę to masz przechlapane- usprawiedliwiła go.- A ty wylałaś na niego kawę i jeszcze go obrażasz.
   -To było niechcący!- odparłam.-A musisz przyznać, że to z tym ego to prawda.
   -No, tak-odpowiedziała po chwili.
   Potem poszłyśmy z powrotem na lekcje. Ta noc nie należała do najlepszych w moim życiu.
   Nad wczesnym rankiem wróciłyśmy do internatu. Runęłam na łóżko. Byłam strasznie zmęczona.
   Dawno już nie widziałam Alexa. Nie było go dziś w szkole, ani na lunchu. Zmartwiło mnie to, bo ostatnio jak się widzieliśmy to wychodził z mojego pokoju przez okno. Jak ktoś go przyłapał to pewnie miał kłopoty.
   -A teraz idziemy do Sali telewizyjnej oglądać serię „Zmierzchu” z bliźniakami-była podekscytowana.-Jutro mamy wolne, bo zwołali radę.
   -Jestem zmęczona-mruknęłam.- A poza tym widziałam ten film sto razy.
   -Wiem, ja też, ale Allan tam będzie oglądał mecz! Musisz to zrobić dla mnie!
   -No dobra…- Zgodziłam się.
   Wyszłyśmy z Internatu. Powietrze było jeszcze chłodne, zimny wietrzyk muskał nasze włosy. Moje były od tego strasznie poplątane. Nie związałam ich, więc teraz miałam tego skutki.
   Sala telewizyjna była wielka. Mieściło się tam pięć telewizorów. Przy każdym stała kanapa. Na jednej z nich siedzieli bliźniacy. Nie widziałam ich od czasu dyskoteki. Na lunchu też ich nie było.
   W pomieszczeniu było tylko parę osób wraz z nami.
   Usiadłyśmy obok nich. Damian od razu przysunął się do mnie.
   -Przepraszam, że Cie zostawiłem samą, ale nie mogłem przewidzieć co się stanie -był zakłopotany. Miał dzisiaj na sobie czarne dżinsy i niebieską koszulkę.
   -Nie ma sprawy-zapewniłam.- Przecież nic się nie stało.
   -No tak. Ale mogło się stać.
   -Ale się nie stało.
   Spuścił wzrok. Było mu pewnie głupio, że mnie zostawił.
   Łukasz włożył płytkę do odtwarzacza DVD i film się zaczął.
   W połowie maratonu Damian przeciągnął się i obiął mnie ramieniem. Udawałam, że tego nie zauważyłam. Nie chciałam robić mu przykrości. Pewnie pomyślałby, że to wszystko przez tą imprezę, a ja po prostu nic do niego nie czułam. Interesował mnie inny. Oglądaliśmy jeszcze dosyć długo, aż wszyscy zasnęli oprócz mnie.
   Myślałam dużo o dzisiejszych wydarzeniach.
   Wstałam i postanowiłam, że pójdę do pokoju się przespać. Stanęłam przy drzwiach by je otworzyć, gdy nagle ktoś je pchnął. Dostałam w głowę i upadłam na ziemię. Do pokoju wszedł Dominik. Uklęknął nade mną i powiedział:
   -No to teraz jesteśmy kwita- na jego ustach pojawił chytry uśmieszek.
   -Ja zrobiłam to niechcący!- byłam zła. Usiadłam.
   -Ja też- spoważniał.
   -Nie byłabym tego taka pewna. Strasznie mnie wkurzasz, wiesz?!
   -Ty mnie też. Fajnie się tak siedzi na ziemi?
   -Możesz zachować dla siebie te swoje aroganckie komentarze.- Wstałam.
   -Ja jestem arogancki?- uniósł brwi- Jak już to ty!
   -Dlaczego?!
   -Bo zadzierasz ze mną - uśmiechnął się lekko. - Ty naprawdę jesteś głupią idiotką.
   -A ty zarozumiałym imbecylem!
   Byłam wściekła. Bardzo wściekła. Gdy go widziałam po prostu nerwy mi puszczały.

   Poczułam jak przez moje ciało przechodzi dreszcz. Lampy zaczęły migotać. Po chwili jedna z żarówek pękła.
Główna zasada:
Jak czytasz to komentuj!

środa, 6 listopada 2013

III

   Gdy weszłyśmy do budynku muzyka grała jeszcze głośniej. Mar coś do mnie mówiła, ale ja nic nie słyszałam. Na suficie wisiała ogromna kula disco, od której odbijały się kolorowe światła, więc cała sala migotała w odcieniach czerwieni, zieleni i żółci. Na parkiecie tańczyło mnóstwo ludzi. Pod ścianą stały stoły z pączem i przekąskami. Na takiej imprezie jeszcze nie byłam.
   Dyskoteki szkolne kojarzyły mi się z siedzeniem pod ścianami i patrzeniem na pustą salę. Na takich imprezach zabawa zaczynała się dopiero w dziesięciu ostatnich minutach.
   Ta była inna . Od razu było widać, że ludzie się świetnie bawią. Wszyscy tańczyli.
   Podeszli do nas bliźniacy.
   -Hej. I jak Ci się podoba? – zapytał mnie Damian.
   -Jest super-odparłam z uśmiechem.- Zupełnie nie jest podobna do takich szkolnych.
   -Tak, racja. Zatańczysz?- też się uśmiechnął.
   -Jasne.
   Złapał mnie za rękę i poszliśmy na parkiet. Tańczyliśmy w rytm muzyki. Nie za szybko, nie za wolno, w sam raz. DJ puszczał coraz fajniejsze piosenki, więc bawiłam się świetnie. Zauważyłam, że pod ścianą stoi Alex. Chciałam do niego podejść, ale Damian zakręcił mną i się rozmyśliłam. Zerknęłam na Marcelę, ale ta była zajęta flirtowaniem z jakimś kolesiem. To pewnie był ten Allan. Znów spojrzałam na Alexa, który też mnie zauważył. Uśmiechnęłam się do niego i zajęłam się tańczeniem z Damianem, który też go zobaczył i złapał mnie w tali.
   Przetańczyliśmy chyba z pięć piosenek, po czym podeszliśmy do stołu z napojami i kolega wlał mi trochę pączu do kubeczka.
   -Ale się zmęczyłam! –krzyknęłam.
   -No, ja też! –odpowiedział.
   Nagle zobaczyłam chłopaka opierającego się o filar podtrzymujący dach. Wpatrywał się we mnie. Wyglądał podejrzanie, miał czarną bluzę z kapturem na głowie. Nie typowe ubranie jak na imprezę. Uśmiechnął się do mnie.
   -Kto to jest? –zapytałam Damiana wskazując palcem chłopaka.- Ten tam przy filarze.
   -Ale przecież tam nikogo nie ma – zdziwił się. – Alkohol chyba źle na ciebie działa. A teraz muszę cię przeprosić. Wiesz, mam potrzebę.
   Spojrzałam się jeszcze raz w stronę chłopaka, który uśmiechał się jeszcze szerzej. Podchodząc do mnie cały czas patrzył mi w oczy.
   - Dziwne co ? – zapytał . – Chłopak , którego tylko ty widzisz – na jego ustach pojawił się chytry uśmieszek.
   -Czego chcesz?- zapytałam.
   -A skąd wiesz, że czegoś chcę?
   -Przeczucie.
   -Wiesz, zatańczyłbym z tobą, ale muszę Cię zabić – widząc moją minę dodał – mówię serio. Ale dam Ci trochę czasu na ucieczkę. Lubię widzieć strach w oczach mojej zdobyczy.
   Najpierw myślałam, że żartuje, ale jego oczy zaświeciły się na czerwono. Czytałam o tym na wampiryzmie. Gdy oczy wampira są czerwone lub pomarańczowe to zamierza zrobić coś złego i jest tego świadom.
   -Nigdy mnie nie złapiesz! –krzyknęłam i weszłam w tłum tańczących wampirów i wilkołaków.
   Byłam bardzo spokojna, co było dziwne, bo przed chwilą ktoś mi groził i musiałam uciekać. Byłam  pewna, że nic mi się nie stanie. Nie wiem jak określić to uczucie. Wiedziałam też, że muszę uciekać.
   Próbowałam biec, ale było tyle ludzi na parkiecie, że ledwo się ruszałam. Gdy już wyszłam z tłumu wpadłam na Alexa.
   -Hej, Zuzka. Wszystko okej? –zapytał.- Jesteś jakaś blada.
   -Tak… - odpowiedziałam.- To znaczy… Czy pomożesz mi stąd wyjść ?
   -Jasne. Chodź.- złapał mnie za rękę i wyszliśmy z budynku.
   -Czy jest tu jakieś bezpieczne miejsce, o którym nikt nie wie?
   Dziwnie na mnie spojrzał, a ja dopiero po chwili zorientowałam się co właśnie powiedziałam.
   -Nie, nie o to chodzi ja po prostu… - nie zdążyłam dokończyć, bo chłopak w kapturze mi przerwał.
   - Ooo! Znalazłaś sobie ochroniarza! Pięknie! Przynajmniej nie będę się nudził. – w tej chwili stał się widzialny. Wiedziałam o tym, ponieważ chwilę świecił się jak gwiazda.
   Alex zmarszczył brwi, nie wiedział o co biega.
   -A tak przy okazji – mówił dalej chłopak –musicie zrobić coś z tą waszą tarczą obronną- spojrzał na swoje paznokcie - bo bez problemu się przez nią przedarłem.
   Alex automatycznie  pchnął mnie ręką za siebie. Zrobił się blady i na jego twarzy pojawiła się złość. Zmienił się w wilkołaka i pognał w stronę chłopaka. Jego sierść pięknie świeciła w blasku księżyca. Rzucił się na niego, a ten uchylił się i Alex spudłował. Chłopak z całej siły walnął  wilkołaka w plecy, a ten strasznie zapiszczał.
   Opanowała mnie straszna złość. Alex stanął w mojej obronie i jeszcze oberwał, a teraz leżał skulony na trawie w ludzkiej postaci.
   To wszystko przeze mnie.
   Wampir pochylił się nad moim kolegą i już chciał go wykończyć, ale ja podniosłam wielki kamień i z całą siłą cisnęłam nim w niego. Chłopak opadł na ziemię. W tym czasie Alex zdążył się podnieść. Przycisnął wampira do ziemi by ten nie mógł się ruszyć.
   Przybiegł nauczyciel od ataku i Alexander oddał chłopaka w jego ręce. Podszedł do mnie i stanął tak abym nie widziała wampira, po czym przyciągnął mnie do siebie i przytulił.
   Usłyszałam dźwięk łamanych kości i zobaczyłam, że po trawie płyną litry czarnej krwi. Chciałam zobaczyć co się stało z chłopakiem, ale Alex mi nie pozwalał.
   -Nawet nie próbuj-powiedział gdy chciałam się wychylić- ten widok jest za straszny. A teraz zaprowadzę cię pod internat i nic się nie bój. Nasi strażnicy już przeczesują teren. Naprawdę nie wiem jak on się tu dostał.
   Całą drogę do internatu milczeliśmy. Gdy w końcu doszliśmy do internatu zapytałam:
   -Co mu zrobili?
   - Zabili go-odpowiedział ponuro.
   -No tak. Ale jak?
   -Nieważne.
   -Powiedz-naciskałam.
   -Oni…- spuścił wzrok - …urwali mu głowę.
   -Aaa…- odparłam ze smutkiem.
   -Ale nie przejmuj się tym. To nie twoja wina- położył mi rękę na ramieniu.
   -A właśnie, że moja. Gdybym cię nie poprosiła o pomoc to nie dostałbyś w plecy.
   -Gdybyś nie poprosiła mnie o pomoc to już byś nie żyła. A poza tym miałem już gorsze rany-uśmiechnął się.- Dobry rzut tym kamieniem.
   Nie chciałam, ale też odruchowo się uśmiechnęłam. Nie chciałam, aby ktoś przeze mnie ginął.
   -To pa- powiedziałam i otworzyłam drzwi do internatu.
   Nie odpowiedział, a ja zamknęłam za sobą drzwi.
   Weszłam do pokoju. Moje łóżko było już przygotowane, a na nim leżała nowa piżama z metką. Wzięłam ją i poszłam umyć się do łazienki.
   Sukienka Marceli nadal prezentowała się świetnie. Była czysta i wyglądała jak nowa, co było dziwne po tym co dziś przeszłam.
   Wzięłam gorący prysznic i ubrałam się w piżamę z krótkim rękawkiem. Gdy wyszłam z łazienki Mar siedziała na swoim łóżku.
   -Wiesz jak się o ciebie martwiłam?!- wstała- Jestem tylko ciekawa jak on się tu przedarł.
   -Tak ja też – spuściłam głowę.
   Zrobiłyśmy sobie babski wieczór, a właściwie poranek. Opowiadałyśmy o chłopakach, którzy nam się podobali, była bitwa na poduchy, malowałyśmy sobie paznokcie i plotkowałyśmy. Przypomniałam sobie, że rodzice nie wiedzą gdzie jestem i na pewno denerwują się, ale Marcela powiedziała, że gdy tu się znalazłam od razu zadzwonili do nich i że jutro będę mogła z nimi porozmawiać przez telefon.
   Nie długo przyjdzie listonosz i  przywiezie nam rzeczy zakupione przez Internet. Wreszcie będę chodziła we własnych ubraniach!
   Około godziny pierwszej Mar była tak zmęczona, że zasypiała na siedząco, więc stwierdziłyśmy, że najlepiej będzie położyć się spać.
   Nie mogłam zasnąć. Przed oczami ciągle miałam obraz spływającej po trawie czarnej krwi.
   Nagle usłyszałam lekkie pukanie do okna. Wstałam i zobaczyłam jak na balkonie stoi Alex. Wpuściłam go do środka.
   -Co ty tu robisz?!-szepnęłam- Jest środek dnia! Wszyscy teraz śpią!
   -Przyszedłem sprawdzić czy wszystko w porządku- powiedział spokojnie.- Nie możesz spać?
   -Nie. Cały czas o tym myślę- usiadłam na łóżku, a on obok mnie. Obią mnie ramieniem.
   -Nie przejmuj się.
   Spojrzałam mu w oczy. Bardzo chciałam się wtulić w niego i zapomnieć o wszystkim, ale to by było nie stosowne. Dopiero co się poznaliśmy. Spuściłam wzrok. Siedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy po czym powiedział:
   -Muszę już iść, bo jak ktoś się dowie, że tu byłem to nieźle dostaniemy. Obydwoje. Spróbuj zasnąć- wstał i otworzył okno.
   -Dobrego dnia?- powiedziałam, a on wyszedł.
   Pół godziny jeszcze dużo myślałam o tym co dziś przeszłam i przypomniałam sobie o ranie. Czułam się jakby zniknęła, nic mnie już nie bolało.
   I tak właśnie było. Po ranie nie było ani śladu. Zdjęłam opatrunek i wyrzuciłam go do śmieci.
   Położyłam się do łóżka i zasnęłam.
   Śniła mi się przeszłość.
   Byłam w małym pomieszczeniu. Nie było tam światła. Siedziałam na zimnej podłodze, a raczej na ziemi w kącie lochu. Usłyszałam jakieś głosy i przez mały otwór w drzwiach wsunęli miskę z jedzeniem. Nie miałam zamiaru tego ruszyć. Podeszłam do drzwi i zawołałam, że chcę się załatwić. Mężczyzna wypuścił mnie, a ja uderzyłam go pięścią w twarz i zaczęłam uciekać. Wybiegłam przez duże drzwi frontowe i znalazłam się na dworze.
   Przede mną stał umięśniony mężczyzna.
   Rzucił we mnie nożem. Dostałam w brzuch. Bez zastanowienia wyjęłam go z rany i rzuciłam się na faceta. Czubkiem noża przecięłam mu policzek i kawałek szyi. Nie była to rana śmiertelna, ale jednak. Wyminęłam go i pędziłam co sił w nogach, a on biegł za mną.

   W oddali zobaczyłam stary las. Może tam go zgubię?