środa, 6 listopada 2013

I

 Uciekałam co sił w nogach.
   Biegłam przez stary las w zakrwawionej bluzce i podartych spodniach. Moje kozaki były tak zniszczone, że zgubiłam je w czasie biegu.  Z mojej głębokiej rany nadal sączyła się krew. Uciskałam brzuch, żeby zatamować krwawienie. Byłam przemarznięta i przemoczona.  
   Spojrzałam za siebie.
   Już mnie nie goni. Zgubiłam go.
   Zobaczyłam, że przez całą drogę moja krew ciekła na śnieg. Topiła go ,więc ślady były jeszcze bardziej widoczne. W każdej chwili mógł mnie znaleźć.
   Byłam tak zmęczona, że nie mogłam dłużej biec. Serce biło mi bardzo szybko, a to źle biorąc pod uwagę moją wielką ranę. Pędziłam co sił w nogach, a teraz musiałam za to zapłacić. Musiałam odpocząć, aby móc biec dalej.
   Usiadłam na śniegu i oparłam się o drzewo. Jak dobrze było odpocząć! Było mi strasznie zimno. Prawie już nie czułam stóp. Spojrzałam na nie, aby upewnić się czy wszystko z nimi w porządku. Gdy je zobaczyłam po prostu się przestraszyłam. Były całe we krwi, pokaleczone. Musiałam stanąć na coś ostrego w czasie biegu.
   Jeszcze tego mi brakowało. Nie dość, że leciała mi krew z brzucha to jeszcze teraz z nóg. Świetnie! Po prostu siedziałam we własnej krwi.
   Zaczęłam się trząść, zęby mi zgrzytały. Miałam na sobie tylko cienką bluzkę koszulową, a do tego zakrwawioną, mokrą od śniegu i podartą. Z moich długich dżinsów też prawie nic nie zostało. Nawet bieliznę miałam mokrą.
   Czułam jak z mojego ciała wypływa coraz więcej krwi. Zaraz chyba zemdleję. Robiło mi się coraz słabiej i słabiej…
   Nie, nie mogę. A co jeśli przyjdzie ?
   Poczułam mocne ukłucie w brzuchu. Podniosłam lekko bluzkę, aby zobaczyć ranę. Była ona wielka. Znajdowała się po prawej stronie. Wydawała mi się głęboka, ale nie aż tak, żeby uszkodziła jakieś organy wewnętrzne.
   Mam taką nadzieję.
   Zaczęłam coraz mocniej dyszeć. Coraz ciężej mi się oddychało.
   Nagle usłyszałam dźwięk łamanej gałązki.
   To na pewno on. Odnalazł mnie i zabije. Musiałam coś zrobić. Wokół mnie nie było żadnej broni albo chociaż gałęzi. Pozostała mi tylko ucieczka.
   Wstałam i biegłam najszybciej jak umiałam. Poczułam mrowienie w udach, nogi prawie mi zdrętwiały. Kaleczyłam sobie co chwilę stopy.
   Usłyszałam czyjeś kroki. Gonił mnie.
   - Czekaj! – ktoś krzyknął. To nie był on, ale na pewno jeden z jego ludzi.
   Biegłam jeszcze szybciej.
   Poczułam jakbym przeszła przez jakąś maź. Potknęłam się i upadłam. Już nie byłam w lesie. Leżałam na polanie. Nie było tam śniegu.
   - Zaczekaj! – wołał zniecierpliwiony głos. Gdy go usłyszałam wstałam i biegłam dalej.
   Zrobiło mi się bardzo słabo. Upadłam na kolana. W końcu zakręciło mi się w głowie i runęłam na trawę.
   Zauważyłam jeszcze przez mgłę, że ktoś klęka nade mną, a potem zemdlałam z wycieńczenia.

   Obudziłam się w małym pokoju. Leżałam na niewielkim łóżku. Naprzeciw mnie znajdowały się drzwi, a obok nich okno z beżowymi zasłonkami. Po prawej stronie stała komoda. Ściany były żółte, a na podłodze leżała brązowa wykładzina. Ogólnie pokój był staromodny. Wszystkie meble to ręcznie rzeźbione antyki. Nawet łóżko miało wiekowe zasłony.
   Ktoś lekko zapukał do drzwi. Do pomieszczenia wszedł przystojny chłopak. Był uroczy. Miał ciemne, proste włosy niesfornie ułożone. Nachodziły mu na uszy. Jego brązowe oczy były cudne, a spojrzenie tak głębokie, że prawie się w nim zagubiłam. Jego skóra była ciemna; albo był mulatem, albo opalił się (w co wątpiłam ,bo był środek zimy). Miał na sobie bluzkę w kratkę, a nogawki od ciemnych dżinsów miał włożone w czarne glany. Gdy odwrócił głowę zauważyłam w jego uchy mały kolczyk.
   Spojrzał na mnie i podszedł do krzesła stojącego przy ścianie. Przez cały czas mierzyliśmy się wzrokiem. Gdy usiadł na krześle stchórzyłam i spojrzałam w inną stronę.
Siedział w dosyć dużej odległości od mojego łóżka. Gdyby chciał się na mnie rzucić może zdążyłabym się obronić albo chociaż jakoś zareagować.
   - Gdzie ja jestem?- zapytałam.
   -Nie wiesz?- było słychać, że przechodził mutację.-Myślałem, że wiesz skoro tu przybiegłaś.
   -Po co mnie goniłeś? - usiadłam.
   - Jak się nazywasz?- zapytał.
   Przez dłuższą chwilę na niego patrzyłam po czym odparłam:
   - Zuzanna Starr. Ale mów do mnie Zuza albo Zuzka, bo innych form nie akceptuję.
   -Okej. Ubierz się, a ja za chwilę przyjdę z powrotem. Ciuchy leżą na komodzie - powiedział i wyszedł z pokoju.
   Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że siedzę w samej bieliźnie i w dodatku nie mojej. Na brzuchu miałam wielki opatrunek. Rana już mnie nie bolała.
   Podeszłam do komody i wzięłam ubrania. Wszystko było w moim rozmiarze. Szczególnie podobała mi się bluzka, ale spodnie też były spoko. Strasznie lubiłam chodzić w balerinkach, a te były bardzo wygodne. Gdy byłam gotowa usłyszałam pukanie.
   -Czy mogę już wejść? – zapytał chłopak.
   -Tak. –odparłam -Czy jest gdzieś tu łazienka?
   -Tak, tam - wskazał drzwi, których wcześniej nie zauważyłam.
   Weszłam do łazienki i zamknęłam za sobą drzwi. Spojrzałam na swoje odbicie w lusterku. Nie było aż tak źle, w zasadzie spodziewałam się, że będę gorzej wyglądać. Nawet moja prosta grzywka dała się ułożyć. Trochę gorzej było z moimi czarnymi włosami, ale też było nieźle. W szafce znalazłam małą szczotkę, więc rozczesałam moje proste włosy. Widziałam, że moje fioletowe oczy były trochę podpuchnięte, ale musiałam jakoś to przeżyć. Moje oczy zawsze były takiego koloru i zastanawiałam się dlaczego. Może dlatego, że jestem inna?
   Wyszłam z łazienki.
   -Jestem Alexander, ale mów mi Alex.- odezwał się pierwszy, w ręce trzymał jakąś teczkę.- Usiądź, bo to co ci powiem może Cię trochę zbulwersować.- wziął głęboki oddech.
   Zrobiłam jak kazał i usiadłam na łóżku, a on na krześle.
   -Zacznijmy od tego, że jesteśmy w szkole.- tłumaczył- A mianowicie w Internacie Istot Poza Ludzkich. Uczymy się tu walczyć, bronić no i oczywiście mamy zajęcia na temat naszych ras – gdy to mówił cały czas śmiałam się – Nie śmiej się. Mówię poważnie.
   - Czy ty czasem nie masz gorączki? Może potrzebujesz pomocy psychiatrycznej?- zaproponowałam z uśmiechem na ustach. Naprawdę myślałam, że kłamie, albo chociaż żartuje.
   - Mówię serio, wiem o tobie wszystko.- odpowiedział. Był bardzo poważny. Otworzył teczkę i zajrzał do niej.- Twoja matka to Magdalena Starr, a ojciec to Robert Starr. Jest anglikiem i po ślubie przeprowadził się z twoją mamą do Polski.
   Zdziwiłam się, że tyle o mnie wie. Zaległa chwila ciszy.
   -Mama nie powiedziała ci, że jesteś swietoczą, bo chciała cię chronić. - odezwał się.
   -Przepraszam, czym?
   -Swietoczą. To taka istota, która rodzi się z wampira i człowieka. - wyjaśniał - Ma tylko rodzaj żeński. Po „rozkwitnięciu” oczywiście gdy trenowała staje się najniebezpieczniejszą bronią dla wampirów i wilkołaków. -przyjrzał mi się.-Nie rób takiej miny. Na pewno kiedyś wydarzyło ci się coś dziwnego. Najsilniejsza jesteś podczas złości lub gniewu.
   - Tak. Dwa lata temu powaliłam na łopatki trzy lata starszego ode mnie kolesia.- przypomniałam sobie.- Wszyscy byli wtedy zdziwieni.
   -No widzisz? Pewnie zastanawiasz się kim ja jestem. Wilkołakiem. - uśmiechnął się- Mam się zmienić, żebyś uwierzyła?
   Nic nie odpowiedziałam.
   -Może będzie ci łatwiej. Tylko patrz mi cały czas w oczy i nie bój się.
   Zrobiłam tak jak kazał. Patrzyłam mu w oczy.
   Byłam taką osobą, że jeśli nie zobaczy to nie uwierzy, więc cały czas myślałam, że zmyśla, aż w końcu zaczął się przemieniać.
   Mocno zaciskał zęby, gdy jego skóra zmieniała się w sierść, a ciało coraz bardziej przypominało ogromnego wilka.  
   Byłam przerażona przede mną siedział wielki zwierzak, który wpatrywał się we mnie tymi swoimi wilczymi oczkami. Myślałam, że na mnie się rzuci, ale nie. On tylko się patrzał. Po chwili jego sierść zaczęłam zanikać, a na jej miejscu pojawiła się skóra. Teraz stał przede mną chłopak, a nie wilk.
   -No i to by było na tyle.- powiedział spokojnie.
  Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Byłam tak zaskoczona tym co zrobił, że nie mogłam wydusić z siebie najmniejszego dźwięku. Siedziałam na łóżku z otwartą buzią i zdziwionymi oczami.
   -Pewnie myślałaś, że kłamię? - zapytał.- Też tak na początku myślałem jak rodzice mi powiedzieli.- odparł.- A teraz zaprowadzę cię do twojego pokoju. Nie będzie ci przeszkadzało, że będziesz miała współlokatorkę?
   Ogarnęłam się i odpowiedziałam :
   -Nie, wcale. A jak to możliwe, że nadal masz na sobie ubrania? Przecież twoje ciało się zmienia w wilka to jak to możliwe...
   - To jest po prostu zaklęcie - przerwał mi - takiej wilkołaczki, która interesowała się alchemią. Trzy wieki temu dała każdemu wilkołakowi wypić wywar, po którym ubranie nie niszczy się przy przemianie. Przechodzi to z pokolenia na pokolenie.
   Wyszliśmy z pokoju. Prowadził mnie długim korytarzem. Po prawej stronie był rząd okien. Między nimi wisiały obrazy przedstawiające poszczególnych dyrektorów szkoły, a tak przynajmniej powiedział Alex.
   Wyszliśmy wielkimi drzwiami na dziedziniec internatu.
Na środku placu znajdowała się wielka fontanna. Woda pryskała na wszystkie strony. Wokół niej rozciągał się zielony trawnik. Była noc, ale lampy stojące na całym dziedzińcu świetnie oświetlały go, więc wszystko było widoczne.
   Skręciliśmy w lewo. Szliśmy dużą żwirową ścieżką. Gdy doszliśmy do największego z budynków Alex odezwał się:
   -Teraz musimy się pożegnać. To jest internat damski, więc ja nie mam do niego wstępu.- uśmiechnął się.- Twój pokój to...- sprawdził w teczce- numer 84. Jest na czwartym piętrze. Do zobaczenia.
   -Pa. -odpowiedziałam i weszłam do budynku.
   Na parterze znajdował się wielki salon. Na przeciw wejścia na ścianie wisiała wielka plazma, a przed nią stała ogromna kanapa koloru czerwonego, na której siedziało parę dziewczyn. Obok niej stały dwa fotele do kompletu. Salon był połączony z niewielką kuchnią. Było w niej parę szafek z jedzeniem typu chipsy i lodówka, w której znajdowały się zimne napoje. Z boku zobaczyłam duże szklane drzwi na klatkę schodową z napisem "pokoje".
   Ruszyłam w ich stronę, ale nawet nikt się nie odwrócił. Dziewczyny były zajęte oglądaniem seriali i chrupaniem chipsów.
   Weszłam na czwarte piętro i szukałam pokoju 84. Błądziłam wzrokiem po wszystkich drzwiach aż w końcu znalazłam i zapukałam.

7 komentarzy:

  1. to było intrygujące, lecz liczę, że dopiero się rozkręcasz :) powodzenia w dalszym kreowaniu pisarskiego stylu...

    OdpowiedzUsuń
  2. wow świetny rozdział
    dzięki za odwiedzenie mojego bloga
    będę śledziła tą historią

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. muzyka się fajnie wtapia i nie przeszkadza - 1 rozdział jest świetny pomimo że znudziły mi się już historyjki o wilkołakach i wampirkach jednak twój sposób pisania zmotywował mie do przeczytania next rozdziału .. mam nadzieję że ta opowiastka mile mie zaskoczy

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo podoba mi się Twoje opowiadanie! Na razie przeczytałam tylko ten rozdział, ale natychmiast biorę się za następne. Jedyne czego mogę się przyczepić to kilka powtórzeń, ale to tylko tyle, każdemu może się zdarzyć. :) Ach, no i muzyka przyprawiła mnie o zawał, ale gdy ściszyłam świetnie wtapiała się w tło. Lecę czytać dalej, ale mam wielką prośbę; czy mogłabyś informować mnie o nowych postach? Albo czy mogłabyś dodać gadżet obserwowania, nigdzie go nie widzę, chyba, że jestem ślepa, całkiem możliwe. Chociaż wolałabym pierwszą wersję bo byłabym pewna, że nic mi nie umknie. :) Pozdrawiam, weny życzę i szczęśliwego nowego roku. :)
    http://www.elficka-historia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń