niedziela, 24 listopada 2013

IX

   Nagle ogłuszył nas huk wybuchu.
   Słyszałam krzyki i hałas strzelającego karabinu. Dach stołówki się zawalił.
   Gdzie jest Marcela? Stała w pobliżu tego budynku.
   - Marcela! -krzyczałam- Mar, gdzie jesteś?!
   Pobiegłam w stronę jadalni. Zobaczyłam, że źródłem wybuchu było drzewo dusz. Ktoś podłożył niewielką bombę. Gdy wybuchła, drzewo zamieniło się w wielkie pociski lecące z wielką siłą.
   Zauważyłam Marcelę. Pochylała się nad kimś. Podbiegłam do niej i uściskałam ją. Z oczu leciały jej łzy. Spojrzałam na człowieka, nad którym się przed chwilą pochylała. Gdy zobaczyła, że patrzę na półmartwego Allana powiedziała:
   -To… leciało na mnie… ale on… odepchnął mnie… -teraz rozryczała się na dobre.
   Allan leżał nie przytomny w wielkim ostrym kawałkiem drzewa w brzuchu.
   - Jeszcze żyje –Alex sprawdził mu puls- ale musimy uciekać. Idziemy do szkolnego garażu. Tam są stare busy. Ja zaniosę go tam, a wy poszukajcie jeszcze żywych.
   Bez namysłu pobiegłyśmy z Mar w stronę szkoły.
   Nagle usłyszałyśmy kolejny wybuch, ale tym razem w internacie. Rozpętało się piekło. Znów słyszałam krzyki i strzały tylko, że znacznie bliżej. Kula przeleciała mi obok głowy. Zobaczyłam, że niedaleko nas stoi jakiś koleś i celuje we mnie pistoletem.
   Złapałam Marcelę za rękę i pobiegłyśmy przez wyludniony korytarz szkoły. Zauważyłam otwarte drzwi do schowka na miotły i wciągnęłam do niego Mar.
   Chłopak oczywiście nas gonił, ale nie zdążył zobaczyć gdzie wchodzimy.
   Byłyśmy cicho jak myszki gdy przechodził obok drzwi.
   Gdy przeszedł odetchnęłyśmy z ulgą.
   Oczywiście wszystko musiałam popsuć kichając.
   Chłopak otworzył drzwi, a ja skupiłam się na lampie i nagle chłopak padł na ziemię. Z lampy wydobywał się duży piorun, który go zabił. Koleś leżał w wejściu. Jego oczy były zakrwawione, a ciało dymiło się. Byłam przerażona. Jak ja mogłam zrobić coś takiego? Tak, broniłam przyjaciółki i siebie, ale to nie powód żeby zabijać. Mogłam go jakoś powalić, obezwładnić, ale nie. Zabiłam go.
   Mar złapała mnie za rękę i przeskoczyłyśmy go. Znów biegłyśmy korytarzem. Z moich oczu płynął wodospad łez. Jak ja mogłam zrobić komuś krzywdę?
   Biegłyśmy przed siebie. Nagle Moje przyjaciółka stanęła i przyłożyła rękę do ust. Spojrzałam w tą samą stronę co ona. Przy szafkach leżeli bliźniacy. Martwi.
   Marcela przyklękła obok nich, a ja zrobiłam to samo. Płakałyśmy. Co prawda prawie ich nie znałam, ale ta świadomość, że przed chwilą z nimi rozmawiałam całkowicie mnie rozbiła.
   - Wstawaj Mar! –powiedziałam. –Nie możemy tu zostać! Zabiją nas!
   Niechętnie wstała i pobiegłyśmy dalej. Gdy skręcałyśmy wpadłam na kogoś. Myślałam, że to jeden z tych złych i prawie go zabiłam energia buchającą z lamp.
   - Dominik?! –rzuciłam mu się na ramiona. –Ty żyjesz!
   - Na razie tak –powiedział i uścisnął mnie.
   - Musisz iść z nami –Mar była zniecierpliwiona. –Zwiewamy stąd!
   Złapałam go za rękę i teraz biegliśmy w trzech do garażu.
   Mieliśmy szukać żywych, a tym czasem sami musieliśmy walczyć o własne życie. Dominik po drodze zabił dwóch złych wampirów. W końcu dotarliśmy do garażu. Alex tam na nas czekał. Bez słowa wsiedliśmy wszyscy do auta.  Alex prowadził, a ja siedziałam obok. Reszta znajdowała się na tyłach busa.
   Wyjechaliśmy na dziedziniec. Usłyszałam strzały skierowane do nas. Alex mocniej nacisnął gaz. Wjechał w starą bramę i wyrwał ją przy tym z hukiem.
   Rozryczałam się po raz kolejny.
   - Zuza, uspokój się… -powiedział spokojnie Alexander.
   - Nie! Nie chcę!- krzyczałam. –Dlaczego to muszę być ja? Nie chciałam takiego życia! Nie chciałam!...
   Miałam już dość. Miałam dosyć tego! Chciałabym się obudzić w ciepłym łóżku, w domu.
   Gdy się uspokoiłam Dominik powiedział:
   - Ja też nie chciałem. Ale co możemy zrobić? Zuzka, musisz być silna –położył mi dłoń na ramieniu. – Nie możesz się poddać. Musisz być silna.
   Wzięłam głęboki oddech.
   - Możesz jechać trochę szybciej? –zapytała Mar Alexa –Z Allanem coraz gorzej…
   - A gdzie my w ogóle jedziemy?- zapytałam.
   - Do mnie- powiedział Alex.
   Odwróciłam się by spojrzeć na Allana. Miał zrobiony opatrunek z jakiejś koszuli. Jego skóra była blada, a oczy podkrążone. Naprawdę nie wyglądał najlepiej.
   - Ma ktoś telefon przy sobie?- zapytał kierowca.
   - Tak, ja- odparłam.
   - Zadzwonisz do moich rodziców? Chciałbym, aby byli w domu, gdy do nich trafimy.
   - Jasne –podałam mu telefon, a on wbił numer i oddał mi go.
   Wcisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha. Po paru sygnałach odebrała jakaś kobieta:
   - Słucham?
   - Dzień dobry –mówiłam drżącym głosem.-Nazywam się Zuzanna i jestem przyjaciółką Alexa. Szkoła została zaatakowana przez złe wampiry. Właśnie jedziemy do państwa z Alexem i kilkorgiem przyjaciół.
   - O Boże! –usłyszałam. Kobieta była zdenerwowana. –Czy nic mu nie jest?
   - Nie, ale nasz przyjaciel ma kawałek drewna w brzuchu. Czy pomogliby nam państwo go uratować?
   - Tak, oczywiście! Czy tylko on jest ranny?- zapytała z troską.
   - Tak.
   - A ilu was jest?
   - Pięciu.
   - Tylko wy uciekliście?- była zdziwiona.
   - Chyba tak.
   - Będziemy na was czekać.
   - Dziękujemy.
   Rozłączyłam się i odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam przez szybę. Już było jasno na niebie. Księżyc powoli znikał, a słonce za to dominowało.
   Wpatrywałam się w chmury, ale przed oczami miałam chłopaka, którego zabiłam. Widziałam tylko jego dymiące się ciało.
   Zdjęłam buty i przyciągnęłam kolana do piersi. Głowę oparłam o szybę busa i zasnęłam.

   Obudziłam się wieczorem. Leżałam w nieznajomym pokoju, pewnie u Alexa w domu. Wstałam z łóżka i wyszłam na korytarz. Zeszłam na dół po kręconych schodach. Weszłam do salonu.
   - Dobry wieczór –powiedziałam wszystkim. –Jak tam Allan? –usiadłam na kanapie obok Mar.
   - Lepiej, –odpowiedziała mi z uśmiechem –odzyskał przytomność, ale musi odpoczywać.
   Pokiwałam głową. Do pokoju weszła starsza kobieta. Też była mulatką. Miała piękne ciemne włosy. W rękach trzymała tacę z kanapkami.
   - I jak się spało? –zwróciła się do mnie. Domyśliłam się, że to mama Alexa. Była bardzo podobna do niego.
   - Bardzo dobrze. Dziękuję.
   - Musicie wszyscy być bardzo zmęczeni. – Postawiła tacę na stoliku do kawy i usiadła obok mnie. – Proszę, częstujcie się. Na pewno jesteście głodni.
   Oczywiście pani Collins musiała dorobić kanapek. Wszyscy byliśmy spokojni, ale wiedzieliśmy, że będziemy musieli wyjechać stąd, ponieważ państwo Collins nie będą bezpieczni. Jak zwykle przeze mnie i moją moc.

2 komentarze:

  1. Łaaaał!!! Po prostu jesteś niesamowita. Cały czas czytałam Twojego bloga i jestem zachwycona. Mam nadzieję że Allan dojdzie do siebie i że nic mu się poważnego nie stanie.

    PS. Możesz wejść na mojego bloga i skomentować?

    Pozdrawia Mitsuki T.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z moim poprzednikiem to jest niesamowite. Wciąga strasznie to twoje opowiadanie i mam ochotę przeczytać kolejne rozdziały:)
    http://wez-olowek-i-narysuj-formule-1.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń